Blue Flower

Polany Surowiczne to niezamieszkana dziś dolina we wschodniej części Beskidu Niskiego - wieś wysiedlono w 1945 roku. Ślady dawnych dziejów jednak pozostały. Jednym z nich jest grób lekarza "szpitalu lwowskiego". O odkrywaniu jego tajemnic i pożytku z czytania dziewiętnastowiecznych gazet pisze Witold Grzesik.


Cholera

Cholera. Dla nas wyrażenie ekspresyjne, choć nader łagodne w dzisiejszych czasach, przegrywające zdecydowanie z bardziej brutalnymi słowami wskazującymi stan emocjonalny jednostki. W XIX wieku zaś budząca strach nazwa choroby (łac. Cholerae), na którą nie było wówczas dobrego lekarstwa. Ponieważ charakter cholery nie był znany, nie potrafiono także skutecznie przeciwdziałać zarażeniu. I tak szerzyło się owo nieszczęście po wielkich połaciach kraju, zbierając bardzo obfite żniwo. Wystarczy przytoczyć Wikipedię, gdzie o cholerze czytamy tak: "Cholerę cechuje śmiertelność koło 1% (skrajnie do 20%) przypadków prawidłowo leczonych i 50% przy braku leczenia". Owe 50% brzmi zresztą dość optymistycznie, bywało w dawnych wiekach gorzej. Charakter choroby rozpoznał dr Robert Koch dopiero w 1883 roku, od tego czasu można było konsekwentnie zapobiegać jej rozwojowi i rozprzestrzenianiu. A tak naprawdę wystarczało zachowywać elementarne zasady higieny…

Niestety, zanim rozpoznano wroga, dziesięć lat wcześniej, bo w roku 1873, opanowała Galicję kolejna już epidemia. Z początkiem lata prasa zaczęła donosić o coraz większej liczbie zachorowań. Szerzył się mór i w miastach, również tych największych, i we wioskach. Niech przemówią liczby: ukazujący się we Lwowie Dziennik Polski pisał tak (we wszystkich cytatach zachowano pisownię oryginalną):

„…nie podajemy nazwisk miejscowości, w których się pojawiła lub wygasła cholera, bo wykaz taki zająłby co najmniej połowę jednego numeru naszego Dziennika. Poprzestajemy przeto tylko na podaniu cyfr (…): w czasie od 15. sierpnia (…) w ciągu 14 dni grasowała cholera w 67 powiatach a 1,732 miejscowościach, w których do pozostałych 9,241 chorych przybyło 74,550 tak, iż zdrowiało 40,732, umarło 28,846, a pozostało w leczeniu 14,243 (…) w wykazie z pierwszej połowy sierpnia wymieniło namiestnictwo 17 tysięcy i kilkaset umarłych na cholerę, co daje (…) w ciągu jednego miesiąca sierpnia 45,846 umarłych…”

Metody walki z chorobą podejmowano różne i z różnym skutkiem. We wsiach próbowano wszelkich sposobów. Otóż, we wsi oznaczonej jedynie literą „S” :

„…grasowała w ostatnich czasach silnie cholera (…) zachorował brat wójta: naturalnym sprytem obdarzony wójt, obwija chorego w mokry koc i wkłada to zawiniątko w piec, z którego właśnie chleb wyjęto, i to tak głęboko, iż z wązkiego otworu pieca zaledwie głowa pacjenta na zewnątrz wyglądała. Po tej operacji w dzień później wyzdrowiał chory, a zaniemógł wójt, który natychmiast po emigracji brata z pieca, weń się ulokował. Równocześnie zachorowała mu i ukochana połowica i niestety, gdy piec był zajęty przez męża, przeniosła się do wieczności. Od tej chwili aż do ustania cholery, trudno było znaleźć wolnego pieca; wszędzie znalazłeś pacjentów.”

Trzeba przyznać, że pióro redaktora, lekkie i nieco złośliwe, nadaje koloryt takiej opowieści. Były też większe okropności, których dokładnych i dosadnych opisów tu nie zacytuję: w grę wchodziły kołki osikowe, wbijane w uprzednio ćwiartowane członki niedawno zmarłych, którzy jako upiory i wilkołaki mieli chodzić po śmierci i roznosić chorobę. Jako lekarstwo podawano chorym krew wyduszoną ze świeżych zwłok wyciąganych z grobu. Wyciąg artykułów z ówczesnej prasy, opisujących podobne ludowe antycholeryczne środki zaradcze, mógłby być całkiem interesującym opracowaniem, ale tylko dla czytelników o mocnych nerwach.

Oczywiście do pracy ofiarnie przystępowali lekarze. Nie znając zasad prewencji nader często zarażali się od chorych niosąc im pomoc. Apel o ich wysiłki był powszechny. 4 sierpnia lwowski magistrat wydał obwieszczenie:

„Z powodu pojawiającej się w naszem mieście cholery, wzywa się panów doktorów medycyny i chirurgów, chęć mających nieść pomoc chorym cholerycznym za djetami dziennymi, a to: po 10 złr. dla panów doktorów medycyny, za po 5 złr. dla panów chirurgów, aby się zgłosili do fizyka miejskiego, który im bliższe w tej mierze udzieli wyjaśnienie”.

Gazety są pełne informacji o poświęceniu lekarzy. Choć gwoli sprawiedliwości napiszmy, że zdarzały się też bardzo krytyczne artykuły na temat medyków, którzy ze strachu przed chorobą odmawiali pomocy, a zastępowali ich odważni studenci medycyny.

A jak ktoś nie wierzył w medycynę, mógł również… nabyć wino anticholeryczne.

Dziennik Polski (Lwów), nr 189/1873

Cholera zaczęła ustępować we wrześniu 1873 roku, późniejszą jesienią zupełnie już nie notowano przypadków zachorowań. 

Polany Surowiczne

Do Polan Surowicznych po raz pierwszy przyjechałem w 1981 roku, kiedy zakładaliśmy tam studenckie schronisko, znane i działające do dziś jako „Chałupa Elektryków”. Niedaleko naszego domu odnaleźliśmy bardzo zarośnięty i zapuszczony wówczas cmentarz – od wysiedlenia łemkowskich mieszkańców minęło wówczas już 36 lat. Większość nagrobków była mocno uszkodzona, przeważnie ich rozrzucone części były ledwo widoczne w głębokiej trawie, jeżynach i pokrzywach.

W północno-zachodniej części cmentarza leżały kawałki nagrobka zdecydowanie różniącego się od „miejscowych”. Miał kształt słupa, po bokach wykute symbole węża i trupiej czaszki z piszczelami. Wąż, w tym przypadku wąż eskulap – to znak, że pochowany jest tu lekarz. Trupia czaszka zaś – że powodem śmierci była zaraza.

Grób lekarza w Polanach Surowicznych - stan sprzed 1991 roku

Na pomniku wyryty był napis:

(pierwsze linijki nieczytelne)
LEKARZ
SZPITALU
LWOWSKIEGO
* 1847 W 26 Z.
WŚRÓD
EPIDEMI
16 SIERPNIA
1873
POKÓJ JEGO
POPIOŁOM

Tak też opisaliśmy nagrobek lekarza w przewodniku „Od Komańczy do Krempnej” z 1988 roku i w jego kolejnych wydaniach. O ile cały odczytany tekst był zapisany bardzo wyraźnym, „drukowanym” pismem, o tyle w miejscu, gdzie powinno być imię i nazwisko, znajdowały się niewyraźne wgłębienia. Nie udało się nam wówczas dowiedzieć, jak zmarły medyk się nazywał.

Cmentarz odnowiliśmy w ramach obchodów dziesięciolecia schroniska w 1991 roku. Zebraliśmy potrzebną podstawową wiedzę konserwacyjną od znanych nam fachowców, ustawiliśmy większość nagrobków na ich miejscach (niektóre wręcz wydobyliśmy spod ziemi), postawiliśmy także pomnik lekarza. Po nas konserwację prowadzili pod okiem Szymona Modrzejewskiego wolontariusze spod znaku Stowarzyszenia Magurycz.

Grób lekarza w Polanach Surowicznych - stan w 2013 roku

Mijały lata, w kolejnych wersjach przewodnika informacja o „dwóch linijkach nieczytelnych” była ponawiana, aż nastał rok 2007. Trochę nieoczekiwanie trafiła się okazja wizyty w Polanach Surowicznych w majowy weekend. Jak zawsze odwiedziłem cmentarz. Miało się pod wieczór, słońce rzucało bardzo ostre promienie na pomnik nagrobny w taki sposób i pod takim kątem, że każde zagłębienie było świetnie widoczne. Podjęliśmy z synem próbę odczytania owych dwóch linijek. Trwało to długo – na koniec zapisaliśmy, że z dużą dozą prawdopodobieństwa owym medykiem zmarłym podczas zarazy jest:

Ś.P.
Dr med. EMIL
TITTEL

Tytuł i personalia lekarza są niejako wykaligrafowane w kamieniu, całkiem zgrabnym pismem, wykutym zapewne w innej chwili i chyba przez innego kamieniarza; głębokość i ostrość liter jest zbyt różna od reszty napisu.

Fragment inskrypcji na grobie lekarza - "Dr. Med EMIL TITTEL"

Pamiętam, że próbowałem niemal od razu sprawdzić w Internecie, czy nie znajdę czegoś o doktorze Emilu Tittelu – ale poza wszystkimi innymi ograniczeniami w zasobach informacyjnych, trafiałem na prosty problem. Słowo „tittel” (czyli „tytuł” po niemiecku) występuje w dowolnych dokumentach lwowskich z tego okresu tysiące razy – bądź co bądź była to wówczas austriacka Galicja, z tego też powodu język niemiecki był w oficjalnym użyciu; mieszkańców niemieckojęzycznych w mieście było również wielu.

O lekarzu „szpitalu lwowskiego

Minęło kilka kolejnych lat, pojawiły się pierwsze biblioteki cyfrowe, udostępniające dziewiętnastowieczną prasę. Podjąłem kolejną próbę. Skoro – tak myślałem – jest znana dokładna data zgonu lekarza, może znajdę o tym jakąś notkę w lwowskiej gazecie?

Dość naiwna była taka myśl. Gdzie Lwów, gdzie Polany Surowiczne. W gazetach stołecznych, a Lwów przecież miał taki status, trzeba było pisać o wszystkim, co się działo w całym kraju. Trzeba pamiętać, że ówczesna Galicja rozciągała się od Białej (tej od dzisiejszej Bielska-Białej) do Zaleszczyk. Gdzie na czterech lub sześciu stronach gazety, na których trzeba zmieścić i wiadomości z wiedeńskiego cesarsko-królewskiego dworu, i informacje o nowych wydarzeniach we Lwowie, Krakowie i Stanisławowie, i zapowiedzi ważnych towarzyskich wydarzeń, i urzędowe rozporządzenia, i kolejny odcinek poczytnej powieści, i parę sensacyj ze świata, i ogłoszenia o sprzedaży mydła lub powidła lub o tym, że stateczny pan pozna panią, i w dobie zarazy także ważne wieści o walce z cholerą w największych miastach prowincji, gdzie w tym wszystkim szukać wzmianki o tym, że gdzieś w karpackiej głuszy zmarł na epidemię lekarz? A bo to on jeden?

Próbować jednak warto. We Lwowie ukazywały się wówczas trzy krajowe dzienniki – Gazeta Lwowska, Dziennik Polski oraz Gazeta Narodowa. Wydawane były codziennie, także w soboty i niedziele, a jeżeli były ku temu specjalne okoliczności, nawet dwa razy w ciągu jednego dnia. Cyfrowa Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego miała szczęśliwie numery z sierpnia 1873 roku wszystkich trzech gazet.

Gazeta Narodowa i Gazeta Lwowska opisywały oczywiście bardzo szeroko wydarzenia związane z epidemią, podawały liczby i fakty, rozpisywały się o szczególnych przypadkach zachorowań i cudownych ozdrowień, ale głównie koncentrowały się na dużych ośrodkach miejskich – Lwowie, Stanisławowie czy Przemyślu, ewentualnie na bliskich okolicach samego Lwowa.

Jako trzecią gazetę zacząłem elektronicznie „wertować” Dziennik Polski. Zacząłem od chyba 30 sierpnia, zakładając, że przecież informacja o historii w dalekiej karpackiej wsi nie dotarłaby do Lwowa zbyt szybko. Nic nie znalazłem, cofałem się do poprzednich wydań, trochę już dla porządku otwierałem coraz wcześniejsze gazety. I nagle, przeglądając Dziennik Polski z 22 sierpnia… poczułem się jak Indiana Jones odnajdujący zagubiony skarb. Zdaje się, że nawet krzyknąłem z przejęcia, bo żona przybiegła zaniepokojona. Zobaczcie sami, co przeczytałem:

„Z pod Rymanowa.18 sierpnia. W sobotę straciliśmy Dra Titla ze Lwowa na epidemję. Młody ten lekarz przybyl przed trzema tygodniami z całym zaparciem własnego ja --- z całym poświęceniem rzucił się w góry dla ratowania opuszczonego ludu. O głodzie, wycieńczony na siłach, zachorował w chwili, gdy w oddalonych górach ostatnie krople --- ostatnie środki ledwie że rozdał chorym --- kazał się wieźć do Rymanowa, gdzieby był mógł mieć pomoc, w Polanach choroba się tak rozwinęła, że nie można go było wieźć dalej, udał się o pomoc do miejscowego proboszcza gr. un., ten odmówił pomocy --- nie przyjął pod dach człowieka poświęcenia. Kazał go umieścić w pustej zadżumionej chacie, gdzie wszyscy wymarli. Tam bez żadnej pomocy zakończył najszlachetniejszy człowiek, dla którego miłośc bliźniego była jedynym prawem. Cześc jego pamięci.”

Notatka z Dziennika Polskiego z 22 sierpnia 1873 roku (nr 196/1873)

A więc nie myliłem się co do nazwiska lekarza – zapisywany był we wzmiance przez jedno „t”, ale akurat to kiedyś nie było – jak dziś – tak pieczołowicie pilnowane. Że Polany nie Surowiczne – to też jest typowe, w wielu dokumentach jest mowa o Polanach, zawsze musimy weryfikować, o które chodzi, czy o te „nasze”, czy może te koło Krempnej (czasem zwane Myscowskimi). Poza tym wszystko się zgadza. 16 sierpnia 1873 roku istotnie była sobota.

Owym proboszczem greckokatolickim, który tak surowo obszedł się z chorym lekarzem, był Joann Pasternak, opisywany w pariafalnych kronikach jako wyjątkowo dobry człowiek, dbający zarówno o stronę duchową ludności, jak i materialną cerkwi. Czy można się mu dziwić, że starał się oddalić od siebie i swojej rodziny zagrożenie zarażenia chorobą, która wówczas była we wsiach wyrokiem śmierci?

Zanim wydamy osąd, poczytajmy dalej. Okazuje się bowiem, że historia ma dalszy ciąg! Przejrzałem jeszcze raz kolejne numery Dziennika Polskiego. Ów korespondent z Rymanowa (o inicjałach P.R.) słał do centrali kolejne sprawozdania. Cóż czytamy trzy dni póżniej? Otóż:

„Gdy jeszcze grozą przejmuje wszystkich zgon męża poświęcenia, dr. Titla, o którym wczoraj donosiłem, a już niestety zapisuję fakt (...) ohydą swą sięgający jeszcze wyżej. Zmarły dr. Titel miał w górach do pomocy dwie siostry służebniczki N.M.P., które współubiegały się w ratowaniu biednych Rusinów, a wymiatanych, jak miotłą, przez cholerę. (...) W takich warunkach dotknięta została epidemją niezmordowana Siostra Józefa, po śmierci dr Titla, siostra Marta, towarzyszka jej, zdołała przywieźć ją do Rymanowa (...) zawiozła przed probostwo i tam od księdza Laskowskiego żądała dachu. Ksiądz (...) kazał chorą umieścić w kostnicy cmentarnej (...) po usilnych błaganiach towarzyszki przeniesiono chorą do nory wilgotnej, smrodliwej, przy sądzie, gdzie zamykają kryminalistów, tam to dnia wczorajszego, rano, Siostra Józefa zakończyła żywot, pełen poświęcenia.”

A więc nie tylko ksiądz greckokatolicki z Polan, ale także proboszcz jegomość z Rymanowa bał się cholery na tyle, żeby nie ryzykować zbyt dużego kontaktu z chorą osobą. I podobnie jak w Polanach, zarażonym przyznawano w mieście miejsca na tyle poślednie, aby uniknąć z cholerykami styczności i na tyle marne, że szanse na wyzdrowienie były nikłe. Gdy w gazecie lwowskiej ukazała się taka notatka, która godziła w dobre imię władz miasta, nie mogło się obyć bez polemiki. I taka się pojawiła dosłownie po dwóch dniach, opatrzona złośliwym komentarzem naszego korespondenta.

,,Z Rymanowskiego sądu powiatowego otrzymaliśmy pismo następujące:

W korespondencji „Z pod Rymanowa d. 20 bm. powiedziano, „że przeniesiono na cholerę siostrę służebniczkę do nory wilgotnej, smrodliwej, przy sądzie, gdzie zamykają aresztantów i kryminalistów, tam to dnia wczorajszego siostra Józefa zakończyła żywot.” Tak nie było. Do aresztów tutejszych sądowych żadnego chorego nie przynoszono i nikt też na cholerę cholery w tych aresztach lub przy sądzie nie umarł. Siostra Józefa umarła, jak się dowiadukemy, w lokalu, w którym się mieści areszt gminny. Upraszamy o zamieszczenie sprostowania w najbliższym numerze swego szan. pisma. Tomkiewicz”

(Równocześnie z pismem powyższem otrzymaliśmy pismo podpisane przez burmistrza m. Rymanowa, p. Bratusa, asesora Sapeckiego i sekretarza M.Chmurowicza, w którem ci panowie zaprzeczają gołosłownie, jakoby siostra Józefa umarła w aresztach sądowych, mówią coś ogólnikowo o jakiemś wygodnem pomieszczeniu w „stancji przyzwoitej”, ale ani słówkiem nie dają do poznania, że umarła w areszcie gminnym! Czyż w aresztach gminnych jest miejsce dla cholerycznych?”

--------------- o ---------------

W kolejnych miesiącach przeglądałem kilka sąsiednich roczników gazet. Nie znalazłem w zasadzie żadnych szczegółowych wzmianek o wydarzeniach w miejscowościach tak peryferyjnych, jak wieś Polany Surowiczne. Kolejne wieści z najbliższych okolic Rymanowa kończyły się na tym mieście, ewentualnie na Krośnie, Dukli lub Brzozowie. Tym bardziej tak drobiazgowa informacja o historii z Polan graniczy z cudem.

Inspirowany notatkami o wydarzeniach w Rymanowie szukałem także, ale bezskutecznie, grobu siostry Józefy na tamtejszym cmentarzu. Zapewne spoczęła chowana naprędce w ziemnej mogile, po której śladu już nie było po kilku latach. Znalazłem tylko przy okazji nagrobek bardzo podobny do tego lekarskiego z Polan, ale o kilkadziesiąt lat starszy.

Wciąż mało wiemy o doktorze Tittelu i jego rodzinie. W jakim szpitalu pracował? Czy był wyznania katolickiego, czy może należał do jakiegoś ewangelickiego zboru (był chrześcijaninem, to pewne – pomnik wieńczy krzyż)? Musiał być dla kogoś ważnym, skoro otrzymał taki nagrobek ku swojej pamięci – jak widać, postawiono pomnik nie na darmo, czego świadectwem jest ten artykuł. Są zapewne archiwa we Lwowie, które mogą nas zaprowadzić do wyświetlenia niektórych zagadek. Czas pokaże – może ktoś dopisze kolejny rozdział tej historii?

Jedno jest pewne – historia ostatnich chwil lekarza szpitalu lwowskiego, spoczywającego na cmentarzu w Polanach Surowicznych, nie będzie już owiana gęstą mgłą tajemnicy. Kiedy zajrzycie w tamte strony, zapalcie świeczkę doktorowi Emilowi Tittelowi. 16 sierpnia 2018 roku minie dokładnie 145 rocznica jego śmierci.


Tekst i współczesne fotografie: Witold Grzesik

Materiały archiwalne ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

 

Prezentujemy opracowanie dr. Jana Skłodowskiego pt.: Bitwa pod Rarańczą - geneza i następstwa. Na szlaku II Brygady Legionów Polskich do Niepodległej.

Tekst pierwotnie ukazał się w pięciu częściach w Kurierze Galicyjskim zimą 2018 roku. Materiały jest wydany z okazji 100-lecia opisywanych wydarzeń i jest częścią projektu obchodów setnej rocznicy bitwy pod Rarańczą, którego Stowarzyszenie"Res Carpathica" jest organizatorem.

Materiał jest do ściągnięcia pod adresem: www.rescarpathica.pl/extdoc/Artykuly/Rarancza_JanSklodowski.pdf

Poniżej zamieszczamy fragment tekstu, opisujący samo starcie pod Rarańczą.


15 lutego do godz. 18 trwały przygotowania, żołnierze otrzymali amunicję i prowianty, zaś przeciwny spiskowi płk. Zieliński, objęty "przymusem wojskowym" (jako "najmilszy więzień" - tak postrzegany ze względu na powszechny szacunek, jakim go otaczano), był faktycznie aresztowany w łonie II Brygady. Wtenczas polskie oddziały, liczące ok. 4500 żołnierzy, ruszyły znaną im drogą na Rarańczę, z planem przebycia w nocy z 15/16 lutego szlaku do Rokitny, znajdującej się już na terytorium rosyjskim. Tu należy dodać, że nie wszystkie oddziały Polskiego Korpusu Posiłkowego mogły wziąć udział w akcji - 2 pułk ułanów znajdował się w odległym Synowódzku, część kadry (szkoła oficerska i podoficerska) - w Bolechowie i Dolinie. Zrezygnowano też z udziału w przejściu dwóch znajdujących się w Czerniowcach polskich pułków armii austro-węgierskiej ze względu na możliwe opóźnienia w dotarciu oraz brak pewności co do przychylnego stanowiska wobec akcji ich oficerów. Celem jej było jak najszybsze przebicie się przez linię frontu wszystkich oddziałów II Brygady. Nie było to łatwe już na samym początku wymarszu, bowiem oprócz najsprawniej się przemieszczających oddziałów piechoty w skład II Brygady wchodziły mniej mobilne tabory i artyleria. Został on upozorowany wyjściem oddziałów na ćwiczenia nocne, co zresztą było wtenczas rutynowym ich działaniem; taka też myląca informacja miała zostać wysłana do gen. Kosaka. Zdecydowano się również skierować ok. godz. 16 w rejon okopów mniejszy oddział legionistów (pod dowództwem ppor. Aleksandra Stawarza, celem unieszkodliwienia austriackiej artylerii oraz przerwania w terenie telefonicznej łączności) i ruszyć, dla sprawności marszu, z możliwie skromnymi taborami. Wymarsz nastąpił z Mamajowiec, dalszą drogę zaplanowano przez Sadagórę (nie: Sadogórę, jak się niekiedy podaje), na Rarańczę, i dalej, ku Rokitnie. Sprzyjającą okolicznością był fakt, że najbliższe austro-węgierskie oddziały gen. Kosaka znajdowały się ok. 16 km od zaplanowanego miejsca przekroczenia linii frontu. Jednakowoż, Austriacy już wcześniej, bo ok. godz. 15.30, dostrzegli niepokojące ich ruchy w polskich oddziałach - zwiększoną aktywność w taborach, wydawanie amunicji i prowiantu, a ich podejrzenia o dywersję zostały wzmocnione stwierdzeniem uszkodzeń w połączeniach telefonicznych i na szlaku kolejowym. Także wcześniejsza kontrola korespondencji legionistów ujawniła zawarte w niej informacje o zbilżającej się jakiejś tajemniczej akcji. A działo się to w chwili, gdy oddziały austro-węgierskie były wzmacniane, jeśli idzie o liczebność ludzi i sprzętu, wobec podjętego przez ich dowództwo planu wymarszu w głąb Ukrainy. II Brygada, choć starała się przejść ku linii frontu możliwie niezauważona przez - jak się jej wydawało - nieoświetlone i pogrążone w ciszy miejscowości, została dostrzeżona, tym łatwiej, że ów nienaturalny spokój otoczenia miał właśnie na celu uśpić jej czujność. W następstwie napływających z terenu meldunków gen. Kosak zawiadomił o godz. 20.30 o całej sytuacji swych zwierzchników i był gotów do rozpoczęcia kontrdziałania - wydał tedy rozkazy wstrzymania przejścia polskich oddziałów, otoczenia ich i zaaresztowania. Wobec tego prawie wszystkie podległe mu jednostki (m.in. dwie dywizje kawalerii oraz pancerny pociąg) zostały skierowane w rejon ich przemarszu, zaś specjalnie tam wysłany, z patrolem zwiadowczym, znający język polski gen. por. Johann Schilling (syn niemieckiego kolonisty spod Nowego Sącza i absolwent polskiego gimnazjum) miał nawiązać kontakt z jego dowództwem i nakłonić do poniechania akcji. Tak się jednak nie stało. Schilling, który nie cieszył się mirem podwładnych i, co więcej, był zwykle obiektem żołnierskich kpin, został przez legionistów, przy dużej aktywności ks. Panasia, na krótko zaaresztowany; następnie zaś, nazwany w oczy "starym osłem", którego "prędzej czy później i tak powieszą" i rychło zwolniony.

Odznaka legionistów internowanych po bitwie pod Raranczą


Ok. godz. 23.30 oddziały II Brygady starły się z Austriakami - oddziałami 53 pułku piechoty (złożonego z Chorwatów). 2 pułk Brygady walczył w rozwiniętym szyku, legioniści rozbili oddziały austro-węgierskie i dwie baterie artylerii, a por. Mieczysław Boruta-Spiechowicz wraz z 11 kompanią tego pułku uczynił niebawem drogę do dalszego marszu wolną. Haller nadal jednak oczekiwał nadejścia legionowej artylerii - daremnie, więc ok. godz. 1, czyli już 16 lutego, oddziały polskie ruszyły bez niej naprzód, omijając zgodnie z otrzymanym rozkazem Rarańczę i kierując się ku odległym o 5 km austriackim okopom. Szlak pułków 2 i 3 lekko się rozdzielił, a ich szybki marsz wyprzedził interwencję nadjeżdżającego pociągu pancernego. Niemniej, panowało wśród legionistów ogromne zmęczenie po wielu kilometrach wyczerpującego nocnego marszu, wypełnionego niepewnością osiągniecia celu i strzelaniną podczas utarczek. Okopy austro-węgierskie na linii frontu okazały się puste, jednakże znajdujące się tam zasieki z drutu kolczastego utrudniały legionistom przejście - tym bardziej, że nie posiadali oni nożyc do jego cięcia i tylko dzięki rzucanym na zasieki żołnierskim płaszczom mogli sprawniej je przekroczyć. Nieobsadzone były też oddalone od nich o kolejne 2 km okopy rosyjskie. Ok. 1500 legionistów, w tym ok. 100 oficerów z tych pułków, wraz z karabinami maszynowymi i kilkoma końmi, dobiło się wolności. Pozostałe oddziały zostały przez Austriaków otoczone i zamknięte przerwanym wcześniej pod Rarańczą pierścieniem ich wojsk. Znajdujące się w nim polskie oddziały rozpoczęły beznadziejną walkę na bagnety, artyleria przeciwnika uderzyła skutecznie w nienadążające za pułkami piechoty tabory; legionowa artyleria, tzw. "zakłady" (intendentura, kolumna sanitarna, piekarnia itp.) oraz kasa brygady zostały przez Austriaków zatrzymane. Akcja podjęta przez legionistów, w której poległo 16 z nich, a kilkunastu zostało rannych (były też w podobnej liczbie ofiary po stronie przeciwnej), zakończyła się ok. godz. 3 nad ranem.


Tekst i fotografia: dr Jan Skłodowski

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Tekst Andrzeja W. Kaczorowskiego, treść referatu z ogólnopolskiej konferencji naukowej „PAMIĘĆ KRESÓW – KRESY W PAMIĘCI”, Gliwice 25-27 października 2017 r., zorganizowanej przez IPN Oddział w Katowicach i Muzeum w Gliwicach


WITOLD SZOLGINIA / TOLU Z ŁYCZAKOWA / 1923-1996 / LWOWIANIN SEMPER FIDELIS / UTRWALAŁ PAMIĘĆ O LWOWIE / MOWĄ I PISARSTWEM / W WIERSZACH I GRAFICE – taki napis znajduje się na jego płycie nagrobnej na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Z wykształcenia architekt (studia rozpoczynał jeszcze u polskich profesorów na już sowieckiej Politechnice Lwowskiej), z zawodu – pracownik naukowy (doc. dr hab.), był człowiekiem wielu talentów i umiejętności, m.in. znakomitym popularyzatorem wiedzy z dziedziny architektury, urbanistyki i budownictwa. Największą pasją jego życia stał się jednak rodzinny Lwów. Przez współczesnych nazywany był „Strażnikiem Miasta i Grobów” (określenie Zbigniewa Herberta), arcylwowianinem i lwowskim encyklopedystą, według Jerzego Janickiego „po papiesku nieomylnym w kwestiach lwowskich”; legendarny Tońko (Henryk Vogelfaenger) ze słynnej przedwojennej Wesołej Lwowskiej Fali przekazał Szolgini zaszczytny tytuł barda miasta Lwowa1.

Grób Witolda Szolgini na Powązkach w Warszawie; kwatera 237, rząd 3 (fot. © Ryszard Siwicki).

Na początku było lwowskie słowo

Do rangi symbolu urasta fakt, że zrodzona z wielkiej nostalgii za utraconym miastem bogata twórczość lwowska Szolgini zaczęła się od wierszy pisanych bałakiem – „mową rodzinną”, gwarą lwowskiej ulicy, językiem batiarów górnego Łyczakowa. Swej ogromnej tęsknocie autor dawał wyraz już od pierwszych zapisanych słów: „Tak mi si dziś marzy, ży jezdym wy Lwowi”. Jak wspominał, „zaczęło się to pewnego grudniowego wieczora w połowie lat pięćdziesiątych [XX w.], kilka dni przed Wigilią świąt Bożego Narodzenia”, gdy w euforii, „w radosnym, ale jakby przez łzy uniesieniu” napisał pierwszy w życiu wiersz pt. „Wigilia”; z niepojętego dla niego nakazu – w bałaku, gwarze swego miasta, był bowiem głęboko przekonany, że „jedynie tak, bałakowo, będzie prawdziwie i autentycznie…”2

Za pierwszym wierszem „poszły potem dość szybko następne, wszystkie również lwowskie w swej treści, czterowersowe i dwunastozgłoskowe w formie oraz bałakowe w stylu”3, które złożyły się na cykl ponad dwudziestu utworów zatytułowany „Krajubrazy syrdeczny”. Kolejne cykle: „My – zy Lwowa!”, „Lwoski kuścioły” oraz „Lwoski pumniki” powstawały później. Początkowo były pisane do szuflady, stanowiąc dla Szolgini rodzaj autoterapii. Ilustrowane jego rysunkami, z czasem wyszły z kręgu domowego, przekazywane przyjaciołom, kolegom i znajomym ze Lwowa. Zwykle podpisywane „Tolu z Łyczakowa”, rozprzestrzeniały się w diasporze lwowskiej w kraju i zagranicą na zasadzie „łańcuszka św. Antoniego”, często wracając do autora zmienione, zniekształcone (tłumaczone na język literacki!), a nawet przywłaszczone przez kolejnych czytelników. Podawane „z ręki do ręki” lub przesyłane pocztą, krążyły w kręgu środowiskowym, poza obiegiem oficjalnym i cenzurą państwową.

Swą twórczość autor prezentował także podczas spotkań towarzyskich z udziałem grona lwowskich przyjaciół od lat siedemdziesiątych XX w. tworzących nieformalne Koło Literacko-Artystyczne. „Jak widać, Szolginia pokusił się o coś, czego nikt przed nim nie zrobił, a mianowicie dokonał zapisów krajobrazów dzieciństwa bałakiem – gwarą lwowską. Adresatem wierszy uczynił więc wąskie grono dawnych lwowian, wśród nich – nie u wszystkich – przetrwała bowiem znajomość bałaku”4.

W wierszach i w prozie

Witold Szolginia zamierzał włączyć te wiersze do swych zbeletryzowanych wspomnień z lat 1929-1939. Impulsem do ich napisania był pierwszy po 22 latach od opuszczenia miasta pobyt autora we Lwowie we wrześniu 1968 r. Maszynopis „Domu pod żelaznym lwem” odrzuciły cztery wydawnictwa i dopiero Janina Kolendo z Instytutu Wydawniczego PAX doprowadziła do ich druku, wykorzystując krótki okres liberalizacji cenzury po objęciu kierownictwa przez nową ekipę partyjno-rządową Edwarda Gierka. Opowieść została opublikowana w 1971 r. bez niewygodnych dla „władzy ludowej” fragmentów o wkroczeniu Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r., a także bez rozdziału o lwowskich Żydach5.

Okładka książki Witolda Szolgini „Dom pod Żelaznym Lwem”, wyd. 1, Instytut Wydawniczy „Pax”, Warszawa 1971.

 

Wprawdzie zabrakło poezji bałakowej – usuniętej z tekstu zapewne ze względów redakcyjnych – ale cała prawie 300-stronicowa książka, w której ani razu nie wymieniono nazwy miasta, nasycona została rodzynkami gwary lwowskiej. Już w pierwszych zdaniach o łyczakowskiej szkole dowiadujemy się, że kolega, który dostał „cwajera”, nazwał autora „ślipundrem” (tzn. okularnikiem – od szkieł, które Szolginia nosił)6. Syn sąsiadki Miśku wesoło podśpiewuje: „A ty, Jóźku, nie bońdź frajir, weź harmonii, zaaagraj sztajir…” Sprzedawca woła do ulicznego tłumu: „Ludzi! Kto sy kupi takiego szac karpa? Dwa i pół kila! Ta weź gu sy, pańcia, zrób gu pu żydosku, a nafutrujisz nim na Wilii cały swoji familii!” Tońko z Wesołej Lwowskiej Fali – najsłynniejszy lwowski batiar, symbol Lwowa i mistrz jego mowy ulicznej w pierwszym liście z Londynu do autora wkrótce po otrzymaniu książki stwierdził: „twój bałak, to mój bałak”7; obaj pochodzili z górnego Łyczakowa.

Mimo braku recenzji prasowych cały 10-tysięczny nakład rozszedł się błyskawicznie, wywołując wielki rezonans wśród lwowian. Wspomnienia Szolgini porównywano z utworami Kornela Makuszyńskiego i Jana Parandowskiego, autora nazwano potem „lwowskim Homerem”, a książkę „pierwszą kroplą, która wydrążyła szczelinę w niewzruszonej dotąd skale cenzury”, jednak to twierdzenie Jerzego Janickiego nie jest ścisłe. Mimo istniejących zakazów – obejmujących m.in. twórczość niektórych autorów (na przykład Mariana Hemara) oraz dotyczących pomijanych oficjalnie wydarzeń historycznych (jak walki polsko-ukraińskie o Lwów w 1918 r. czy okupacja sowiecka w 1939 i 1944 r.) – wcześniej wydano bowiem w PRL co najmniej kilkanaście publikacji książkowych o tematyce lwowskiej8, a w prasie wrocławskiej ukazywały się nawet (wprawdzie tylko okresowo) teksty satyryczne pisane bałakiem9; z drugiej zaś strony opowieść o domu przy Łyczakowskiej 137 nie stanowiła żadnego przełomu w działaniach Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk aż do lat pieriestrojki i głasnosti.    

Rodzinny dom Witolda Szolgini we Lwowie, Łyczakowska 137 – Dom pod Żelaznym Lwem (fot. © Jan Szolginia).

Debiut w Londynie

I książka, i ulotne wiersze z kraju wywołały duże zainteresowanie w polskim Londynie – światowym centrum diaspory lwowskiej. Założone tam w 1960 r. Koło Lwowian liczyło ponad 700 członków indywidualnych z 22 krajów świata (w większości z Wielkiej Brytanii) oraz kilkanaście zrzeszonych organizacji lwowskich i kresowych; od 1961 r. wydawano jako półrocznik w nakładzie tysiąca egzemplarzy „Biuletyn Koła Lwowian” – czołowe pismo emigracyjne o polskim Lwowie – który mimo braku debitu docierał także do PRL10. W tym właśnie periodyku pod koniec 1971 r. ukazało się pięć utworów bałakowych Tola z Łyczakowa11. Był to więc debiut poetycki Szolgini (choć pod pseudonimem)12.

Nie wiadomo, w jaki sposób wiersze dotarły do Londynu i czy opublikowano je za wiedzą i zgodą autora. Można tylko przypuszczać, że doszło do tego w sposób zupełnie przypadkowy, a redakcja pisma początkowo nawet nie wiedziała, kto jest twórcą tej oryginalnej poezji13.  Niewątpliwie poezja ta mogła zaistnieć tylko w wolnym świecie w obiegu emigracyjnym; wiersze były również czytane na spotkaniach lwowian i londyńskich obchodach rocznicy obrony Lwowa. Poezja bałakowa Szolgini stanowi rzadki przypadek wzbogacania twórczości emigracyjnej przez twórczość krajową.

Wiersze Witolda Szolgini rozprzestrzeniały się w diasporze lwowskiej w kraju i zagranicą poza obiegiem oficjalnym i cenzurą państwową (ten wiersz w wydanym później zbiorze „Krajubrazy syrdeczny” ma inny tytuł: „Jak zwyczajni w maju…”, są też pewne różnice w tekście).

 

Bliższy kontakt z Kołem Lwowian w Londynie Szolginia nawiązał zapewne dopiero w 1973 r. za pośrednictwem swego syna Krzysztofa, który spędzał studenckie wakacje na wyspie. Korespondencję z autorem bałakowych wierszy prowadził Stanisław Kwieciński, członek władz Koła i zarazem kierownik jego biura. Tolu z Łyczakowa był zainteresowany możliwością wydania swoich utworów zagranicą. Wkrótce prezes gen. Stanisław Kuniczak zapowiedział publikację tomiku wierszy „tego autora” w celu „kultywowania lwowskiej gwary, która zanika”14. Wielkim entuzjastą tej poezji był zwłaszcza Henry Barker (takiego nazwiska używał na emigracji Henryk Vogelfaenger), czyli niezapomniany Tońko, również związany z Kołem Lwowian w Londynie15.

W tym czasie w PRL oficjalnie ukazał się tylko jeden wiersz pisany bałakiem („Na słunecznym zygarzy”), umieszczony okolicznościowo w bibliofilskim druku (111 egz., Katowice 1974), zawierającym reprodukcje ekslibrisów Szolgini dla Jana Parandowskiego. Nie wiadomo, czy autor próbował publikować swe utwory (na przykład w prasie krajowej), czy też z góry starania takie uznał za bezcelowe.

Kryptonim „Lwowiak”

Londyńskie kontakty Szolgini nie uszły uwadze Służby Bezpieczeństwa, której komórki przeglądały korespondencję zagraniczną obywateli PRL. Przez 2,5 roku (od października 1973 do kwietnia 1976 r.) Tolu z Łyczakowa został objęty ścisłą kontrolą w ramach kwestionariusza ewidencyjnego (KE), a następnie sprawy operacyjnego rozpracowania (SOR) o kryptonimie „Lwowiak”16.  Zastosowano wobec niego szeroki arsenał środków: perlustrację, podsłuch telefoniczny, obserwację, ponadto wykorzystano osobowe źródła informacji –  m.in. tajnego współpracownika, który był przełożonym figuranta w miejscu pracy17, tj. Instytucie Kształtowania Środowiska. Oprócz kontaktów z „wrogimi ośrodkami dywersji ideologicznej na Zachodzie” niepokój SB budziło kolportowanie „drogą pocztową wśród b. mieszkańców Lwowa” wierszy o tematyce lwowskiej, w których autor wyrażał żal z powodu utraty Lwowa oraz nadzieję, że jeszcze kiedyś Lwów do nas powróci.

Ustalono ponad sto kontaktów Szolgini, w tym dwadzieścia dwa „warte dalszego zainteresowania”, czym zajęli się funkcjonariusze SB z sześciu Komend Wojewódzkich MO; wśród korespondentów, którzy otrzymywali wiersze Tola z Łyczakowa, byli przedstawiciele środowiska intelektualnego i twórczego (m.in. pisarz Parandowski, literaci i dziennikarze Jerzy Janicki i Adam Hollanek, śpiewak Andrzej Hiolski, profesorowie Jan Ernst, Artur Hutnikiewicz, Andrzej Maryański, Stanisław Nahlik, Tadeusz Riedl, Wiktor Zin, artystka malarka Irena Nowakowska-Acedańska, fotografik Janina Mierzecka, mecenas Witold Lis-Olszewski).

            Funkcjonariusz SB przeprowadził z „Lwowiakiem” dwie rozmowy „profilaktyczno-ostrzegawcze” (15 marca i 7 kwietnia 1976 r.), twierdząc, że jego wiersze wyrażające tęsknotę za Lwowem mogą być wykorzystywane przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa w propagandzie antykomunistycznej i antyradzieckiej. Na odczepnego Szolginia złożył „deklarację lojalności” wobec PRL, chociaż SB zdawała sobie sprawę, że „nie ma to żadnego znaczenia wobec faktu ukrywania znanych nam spraw dot. jego działalności”18. W tym czasie w Londynie trwał już druk „Wierszy Lwowskich” Tola z Łyczakowa19; autorem słowa wstępnego do 64-stronicowego tomiku zawierającego 30 utworów pisanych bałakiem był Henryk Vogelfaenger – słynny Tońcio z Wesołej Lwowskiej Fali, z którym Szolginia był zaprzyjaźniony20. Ostatecznie tomik nie ujrzał światła dziennego; nie wiadomo, dlaczego nie doszło do jego wydania. Można jedynie przypuszczać, że stało się to w wyniku nacisku SB na autora, który postanowił jednak zrezygnować z londyńskiej publikacji i w następnych latach rozluźnił swe kontakty z Kołem Lwowian21. „Biuletyn Koła Lwowian” anonimowo dwukrotnie jeszcze drukował jego wiersze, ale miało to charakter przypadkowy22.

Słownik „Ślipundra”

Witold Szolginia był wielkim miłośnikiem mowy lwowskiej ulicy. Tolu z Łyczakowa poświęcił bałakowi nie tylko swój najdłuższy, liczący ponad 60 zwrotek wiersz, opatrzony dowcipnymi rysunkami tłumaczącymi słownictwo gwarowe  – „O, mowu rudzinna, o, bałaku lwoski…”; pisanie tej inwokacji służyło autorowi jako swoista terapia szpitalna przed operacją oka.

Miał znakomity słuch językowy, przez długie lata układał i sukcesywnie uzupełniał słownik gwary lwowskiej; jego kartoteka liczyła około 700 jednostek leksykalnych i wraz z bałakowymi wierszami została ofiarowana przez autora prof. Zofii Kurzowej z Uniwersytetu Jagiellońskiego – lwowiance, która przygotowywała rozprawę o polszczyźnie Lwowa i kresów południowo-wschodnich do 1939 roku. Materiał pochodzący m.in. „z rękopiśmiennych wierszy o Lwowie” Szolgini oraz ze sporządzonego przez niego słownika stanowił punkt wyjścia do badań językoznawczych.

Ilustrowany słowniczek lwowskiego bałaku – jedna z ilustracji do wiersza „O, lwoski bałaku…” w czwartym tomie „Tamtego Lwowa” (rys. © Witold Szolginia).

 

Praca została wydana w stanie wojennym w 1983 r. i była prawdziwym wydarzeniem w piśmiennictwie PRL-owskim dotyczącym Lwowa23. Szolginia był cytowany w książce Kurzowej aż 240 razy; drugie rozszerzone wydanie ukazało się w 1985 r. i zawierało 316 cytatów24. Tolu z Łyczakowa poświęcił pani profesor fragment swoich „Lwoski dzieci”: „Muszym jednak wierszym zrobić Jij laudacji (…) za Jij u bałaku lwoskim dysertacji”.

„Dobrodziej” z Bytomia

Powstanie drugiego obiegu wydawniczego w PRL w niewielkim stopniu wprowadziło do odbioru społecznego tematykę lwowską; na ponad 6500 publikacji bezdebitowych z lat 1976-1989 wydano zaledwie około 30 książek i broszur dotyczących Lwowa o bardzo ograniczonym nakładzie. Tolu z Łyczakowa jako jeden z nielicznych niewątpliwie był beneficjentem tej sytuacji, o czym zadecydował szczególny splot okoliczności. W 1986 r. jego wiersze trafiły do przebywającego we wrocławskim szpitalu Waldemara Markowskiego (1937-1988), lwowianina z Bytomia, przedsiębiorcy budowlanego z zawodu. Zachwycony urodą poezji bałakowej, wdzięczny za poprawę zdrowia czytelnik postanowił wydać ją własnym sumptem; na jego życzenie Szolginia zilustrował wiersze piórkowymi rysunkami czarnym tuszem.

Kilka miesięcy później „Dobrodziej” z Bytomia zawiózł do Warszawy i wręczył autorowi 100 egzemplarzy zbioru jego wierszy. Sygnowany przez fikcyjną Oficynę Lwowską, bibliofilski 140-stronicowy tomik (prawdziwe cymelium) złożony z 44 utworów i kilkudziesięciu ilustracji nosił tytuł „Krajubrazy syrdeczny” i był podpisany znanym pseudonimem Tolu z Łyczakowa; oprawa opatrzona herbem Leopolis Semper Fidelis stanowiła dzieło bytomskiego mistrza sztuki introligatorskiej Wacława Tomaszewskiego (rodem z górnego Łyczakowa).

Okładka wydanego pod pseudonimem Tolu z Łyczakowa, napisanego w gwarze lwowskiej (bałaku), zbioru wierszy Witolda Szolgini „Krajubrazy syrdeczny”, wyd. 1 poza zasięgiem cenzury, Bytom 1986.

 

Wiersze były ułożone w cztery cykle tematyczne. Najobszerniejszy był otwierający tomik cykl tytułowy „Krajubrazy syrdeczny”; w dwudziestu dwóch utworach autor zawarł w porządku kalendarzowym, od styczniowego „spacyru” po grudniowy wieczór,  „serdeczne bałakowe opisy i zapisy wszystkich owych lwowskich wiosen, lat, jesieni i zim oraz różnorakich wizerunków Miasta w tych porach roku”25. Drugi cykl pt. „My – zy Lwowa…!” obejmował utwory z nostalgią prezentujące lwowski „genius loci” z wielkim peanem na cześć bałaku na czele, przy czym niektóre elementy słowne gwary lwowskiej zostały dodatkowo objaśnione przejrzystymi rysunkami autora. „Frygaj, hamaj, kakaj, taj nic ni bałakaj!” to z kolei głos jego matki wspomniany w wierszu „Lwoski frygani”. Nie brak też strof poświęconych przyjaciołom ze Lwowa, a nawet dedykowanych im  utworów. Oddzielne miejsce zajmuje kończąca cykl, licząca 42 zwrotki, „Moja Łyczakoska”. Dwa pozostałe cykle wierszy bałakowych upamiętniały miejsca w krajobrazie miasta szczególnie drogie autorowi. „Lwoski kuścioły” opiewały dwie katedry (łacińską i ormiańską) oraz „Kościół Matki Boskij Ustrubramskij na Łyczakowi”, natomiast „Lwoski pumniki” prezentowały najbardziej znane monumenty miasta „lwów pod ratuszym”. Tomik był dedykowany „wszystkim Lwowskim Dzieciom – gdziekolwiek są”.    

Wydawca poezji Tola z Łyczakowa podał zmyślone dane, jakoby zbiorek wydrukowało Koło Lwowian w Londynie w liczbie 70 sztuk w 1984 r.26 Zapewne w sposób niezamierzony nawiązywał do pierwszej, niedoszłej do skutku londyńskiej inicjatywy wydawniczej sprzed dziesięciu lat27; w każdym razie podobieństwo było tak uderzające, że trudno to uznać za zwykły przypadek. Mimo „konspiracyjnego” charakteru publikacji SB się nią nie zajmowała, w tym czasie bardziej niebezpieczne były bowiem podziemne druki solidarnościowe28.

Wyjście z katakumb

W tym samym roku 1986 wiersze Tola z Łyczakowa pojawiły się także w bezdebitowej antologii poezji o Lwowie „Semper Fidelis” (dwanaście utworów). Z kolei w 1988 r. jego wiersz o lwowskim bałaku znalazł się w drugoobiegowym almanachu „Leopolis. Dzieje i kultura Lwowa”29. Także w 1988 r. Stanisław Sławomir Nicieja opublikował jeden z bałakowych  wierszy („Pirszy listupada”) „ze zbiorów prywatnych doc. Witolda Szolgini” w swej głośnej monografii Cmentarza Łyczakowskiego. Poezja bałakowa z drugiego obiegu przechodziła do obiegu oficjalnego, co było swego rodzaju świadectwem końca PRL.

Okładka pierwszego tomu ośmioksięgu Witolda Szolgini „Tamten Lwów”, wyd. 2, Wydawnictwo Wysoki Zamek, Kraków 2010.

 

W nowej rzeczywistości politycznej po 1989 r. Tolu z Łyczakowa mógł wydawać swe lwowskie wiersze już bez żadnych przeszkód; niektóre zostały „podleczone”, zyskując zmienioną redakcję językową, bowiem autor poniewczasie dostrzegł zawinione przez siebie „usterki w ich urodzie”30. Jeszcze zanim ukazało się nowe wydanie tej poezji, Szolginia bogato nasycił swoimi wierszowanymi utworami poszczególne tomy fundamentalnego dzieła o „Tamtym Lwowie”31. Wiele miejsca poświęcił tam dialogom radiowym Szczepka i Tońka z Wesołej Lwowskiej Fali, którzy posługując się bałakiem rozpropagowali mit Lwowa i jego mieszkańców; o twórcach audycji napisał oddzielny rozdział swego opus magnum32. Osobista, prawie piętnastoletnia znajomość z Tońciem, aż do jego powrotu i śmierci w Warszawie, oraz fascynacja najsłynniejszą przedwojenną audycją znalazły odzwierciedlenie w książce na ten temat33. Bałak był wreszcie stale obecny w gawędach radiowych „Krajobrazy serdeczne”, które Szolginia regularnie co niedzielę wygłaszał swym charakterystycznym dźwięcznym głosem na antenie Programu III Polskiego Radia przez siedem ostatnich lat swego życia (1989-1996).   

Witold Szolginia w warszawskim mieszkaniu,1994 (fot. © Krzysztof Szolginia).

 

Kustosz pamięci o Lwowie

Do dzisiaj z oryginalnej twórczości bałakowej Szolgini chętnie korzystają autorzy spektakli teatralnych, kabaretów i utworów muzycznych dokumentujących życie dawnego Lwowa34. Rzecz jasna, poezja ta stanowi jedynie mały fragment różnorodnej twórczości lwowskiej Szolgini i w ogóle jego wszechstronnej działalności na rzecz utrwalenia pamięci o polskim Lwowie.

W 1974 r. Witoldowi Szolgini za twórczość lwowską przyznano złotą odznakę Koła Lwowian w Londynie, wedle ustaleń SB przemyconą do kraju przez Jerzego Janickiego35. W 1981 r. „za stałe utrwalanie pamięci o Lwowie w słowie i piśmie” otrzymał Krzyż Obrony Lwowa 1939-1944 nadany przez kapitułę Bractwa Orląt Lwowskich, której przewodniczył gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz.

Nie ulega wątpliwości, że w pełni zasłużył na zaszczytny tytuł „Kustosza Pamięci Narodowej”, od 2017 r. przyznawany przez Instytut Pamięci Narodowej także pośmiertnie.   

 


Post scriptum

Witold Szolginia uprawiał turystykę górską już od szkolnych lat, kiedy wyjeżdżał ze Lwowa na wakacje w Bieszczady do Sianek. Przemierzył potem z żoną, dziećmi i przyjaciółmi wiele szlaków turystycznych w górach. W ten sposób najchętniej spędzał urlopy. Wieloletni członek Klubu Turystów Górskich (późniejsza nazwa Polski Klub Górski) i PTTK, zdobył kwalifikacje przodownika (1963) i Górską Odznakę Turystyczną PTTK „Za wytrwałość” (1972).

Witold Szolginia na tatrzańskim szlaku, Czerwone Wierchy 1969 (fot. © Krzysztof Szolginia).

 


1 Więcej: A.W. Kaczorowski, Arcylwowianin – Witold Szolginia (1923-1996), „Biuletyn IPN” 2009 nr 1-2, s. 117-124; idem, „Pamięć, skarb tułaczy…” (Witold Szolginia) [w:] W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 8 Arcylwowianie, Wrocław 1997, s. 201-217; A. Pacholczykowa, Szolginia Witold Ryszard [w:] Polski Słownik Biograficzny  z. 199 (t. 48/4), Warszawa-Kraków 2013, s. 501-502; H. Wiórkiewicz, Witold Szolginia 1923-1996, „Niepodległość i Pamięć” 1996 nr 6, s. 212-217.
2 W. Szolginia, Tamten  Lwów. T. 1 Oblicze miasta, Wrocław 1992, s. 129-130.
3 Ibidem, s. 130.
4 U. Jakubowska, Mit lwowskiego batiara, Warszawa 1998, s. 290.
5 Uzupełnione i poprawione wydanie ukazało się w 1989 r. w nakładzie 40 tys. egz.; zmianie uległa także forma ortograficzna tytułu (na „Dom pod Żelaznym Lwem”).
6 Na jedną z uroczystości imieninowych w latach 80 XX w. Jerzy Michotek napisał specjalnie dla gospodarza i odśpiewał balladę „Łyczakowski Ślipunder”; od tego czasu tak niekiedy nazywano Szolginię w kręgu przyjaciół.
7 „To jest JEDYNA książka, która namalowała atmosferę i melodię naszego miasta” (w liście z 29 października 1973 r.); W. Szolginia, Tamten Lwów. T.6 Rozmaitości, Wrocław 1994, s. 142. 
8 Więcej: B.Hadaczek, Historia literatury kresowej, Kraków 2011; U. Jakubowska, op. cit.; A.W.Kaczorowski, Lwów niecenzuralny (na przykładzie twórczości Witolda Szolgini) [w:] Literatura w granicach prawa (XIX-XX w.), red. K. Budrowska, E. Dąbrowicz, M. Lul, Warszawa 2013, s. 309-325; K. Kotyńska, Białe plamy a rebours. Lwów w literaturze PRL i USRR [w:] eadem, Lwów. O odczytywaniu miasta na nowo, Kraków 2015, s. 109-137; J. Wasylkowski, Lwowska beletrystyka Lwowa dotycząca, „Rocznik Lwowski” 1991, s. 77-104. 
9 W latach 1946-1948 na łamach „Słowa Polskiego” i „Wrocławskiego Kuriera Ilustrowanego” oraz w roku 1957 w „Nowych Sygnałach”, gdzie ukazały się nawet dialogi Szczepka i Tońka z przedwojennej  audycji radiowej Wesoła Lwowska Fala; U. Jakubowska, op. cit., s. 127-135.
10 Pismo regularnie otrzymywała Biblioteka Narodowa, gdzie pracowała Wanda Szolginiowa (1926-2010), żona Witolda; niektóre numery były na nią adresowane.
11 Tolu z Łyczakowa, Zima we Lwowie, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 21, grudzień 1971, s. 94-99. Na publikację składało się pięć utworów bałakowych: Grudniowy wieczór, Gdy nadchodzu świenta…, Wigilia, W dzień Bużego Narudzenia i Łyczakoska zima.
12 W tym czasie niewielu autorów krajowych publikowało w oficynach i pismach emigracyjnych nawet pod pseudonimem , m.in. Stefan Kisielewski jako Tomasz Staliński wydawał swe powieści w Instytucie Literackim w Paryżu. Gdy w 1973 r. Kazimierz Orłoś jako pierwszy pisarz z PRL wydał tam pod własnym nazwiskiem zatrzymaną przez cenzurę w kraju książkę, został pozbawiony pracy i objęty zakazem druku. 
13 O barierze informacyjnej na linii emigracja – kraj (i vice versa)  świadczy fakt, że gdy w publikacji londyńskiej autora „Domu pod żelaznym lwem” uśmiercono, podając nieprawdziwe daty jego życia (1912-1972), sprostowanie  tej błędnej wiadomości ukazało się w „Biuletynie Koła Lwowian” dopiero pod koniec 1973 r. (!).
14 Opłatek lwowian, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 26, czerwiec 1974, s. 69.
15 „Ach, te Twoje wierszyki! Jakie oni  śliczny, można powiedzić: <cuny>!” – pisał do Szolgini (w liście z 29 października 1973 r.); W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 147.
16 AIPN BU 0246, AIPN BU 01322/305. Więcej A.W.Kaczorowski, Służba Bezpieczeństwa na tropach Tola z Łyczakowa, „Wschodni Rocznik Humanistyczny” T. 10 (2014), s. 75-90.
17 Zbigniew Nosek (1917-2000) – zarejestrowany jako TW „Waldemar” w latach 1962-1990.
18 Chodziło m.in. o zaprojektowanie tablicy pamiątkowej ku czci Orląt Lwowskich, którą uroczyście odsłonił w katedrze warszawskiej 31 X 1975 r. kard. Stefan Wyszyński w asyście  dwóch generałów – uczestników obrony Lwowa Romana Abrahama i Mieczysława Boruty-Spiechowicza.
19 Informację taką podano podczas Walnego Zebrania Koła Lwowian w Londynie 18 II 1976; „Biuletyn Koła Lwowian” nr 30, czerwiec 1976, s. 82.
20 Podczas kolejnej wizyty w Polsce zimą na początku 1976 r. Tońko po raz pierwszy złożył wizytę w warszawskim mieszkaniu Szolginiów.
21 Szolginia nie pozostawił żadnej relacji na temat swych kontaktów z Kołem Lwowian w Londynie ani też w sprawie rozmów z funkcjonariuszem SB, o których nie wiedziała nawet jego najbliższa rodzina.
22 Wigilia lwowiaka, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 37, grudzień 1979, s. 72 („wiersz nadesłany z Kraju, a napisany przez jednego z mieszkających tam braci – lwowiaków”); Figura Matki Boski na Placu Mariackim, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 43, czerwiec 1982, s. 84 („Autor w Kraju”).
23 Mimo charakteru naukowego publikacja miała 10 tys. nakładu; tytuł został wybity na okładce, która otrzymała barwy lwowskie (czerwono-niebieskie), odbyły się spotkania promocyjne  i ukazały recenzje prasowe. Nakład drugiego wydania zwiększono dwukrotnie.
24 Wyliczenia Wandy Szolginiowej.
25 W.Szolginia, Tamten Lwów. T. 1, op. cit., s. 130.
26 W tekście metryczki wydawniczej „nic nie odpowiadało  prawdzie”. „Swoiste, rozbrajająco naiwne <utajnienie> tego nielegalnego wydawnictwa” było dziełem Markowskiego, który „aż trzykrotnie przenosił się w konspiracyjnych warunkach z drukarni do drukarni w różnych miastach Górnego Śląska, czyniąc to zwykle późną nocą”; na ostatnim etapie druk odbył się w Tarnowskich Górach. W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 92-93.
27 „Biuletyn Koła Lwowian” nie odnotował publikacji krajowej tomiku Tola z Łyczakowa.
28 Rok później Markowski wydał własnym sumptem  „Kwiaty lwowskie” W. Szolgini – wzorowany na „Kwiatach polskich” Juliana Tuwima zbiorek wierszy pisanych polszczyzną literacką (m.in. poświęcony bałakowi 15-zwrotkowy wiersz „O, mowo nasza…”); tym razem tomik został powielony techniką kserograficzną. „Książeczka ta, w związku z ówczesnym niejakim złagodzeniem politycznych i społecznych warunków w Polsce, została już częściowo <odtajniona>”; autor wprawdzie wystąpił na stronie tytułowej pod pseudonimem Tolu z Łyczakowa, ale na jej odwrocie pojawiło się już jego imię i nazwisko wraz z adnotacją „Wydano 100 egz. na prawach rękopisu w listopadzie 1987 r. Opracowanie graficzne autora”; W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 94. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami druki tego rodzaju nie podlegały cenzurze. Także inne leopolitana były na tej samej zasadzie powielane prywatnie przez autorów.
29 Obie pozycje wyszły w serii bezdebitowej „Biblioteki Lwowskiej”, której autorką była Danuta B. Łomaczewska (1928-2009) występująca pod pseudonimem Jerzy Wereszyca. 
30 Tolu z Łyczakowa [W. Szolginia], Krajubrazy syrdeczny, Wrocław 1995, s. 7. Poprawki w tekstach dotyczyły głównie zapisów słownictwa bałakowego.   
31 M.in. już w pierwszym tomie przytoczył historię powstawania  swych wierszy i umieścił kilkanaście utworów z cyklu „Krajubrazy syrdeczny”.; innymi ilustrował kolejne tomy. Odrębny rozdzialik poświęcił bałakowi (W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 4 My, lwowianie, Wrocław 1993, s. 51-85), publikując tam wiersz o „mowie rudzinnej” (wraz ze stosownymi rysunkami), i mniej tasiemcowy  o „mowie naszej”. „Lwowski bałak kocham, wiele z niego do dziś pamiętam, czasem nim jeszcze mówię” – pisał (ibidem, s. 80).  
32 Około „Lwowskiej Fali” [w:] Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 97-151.
33 W. Szolginia, Na Wesołej Lwowskiej Fali, Warszawa 1991.
34 Na przykład znany częstochowski zespół Makabunda od kilku lat z powodzeniem wykonuje piosenkę o tym samym tytule, by wykorzystując fragmenty wiersza Szolgini o lwowskim bałaku wyjaśnić znaczenie tej nazwy (makabunda = lwowski batiar).
35 Żeby autorowi z kraju nie zaszkodzić, decyzji tej nie ogłoszono publicznie. Szolginia podczas rozmowy z funkcjonariuszem SB twierdził, że odznakę (za „Dom pod żelaznym lwem”) otrzymał pocztą, jednak  na podstawie podsłuchu  telefonicznego jego rozmów i analizy akt paszportowych Jerzego Janickiego stwierdzono, że to właśnie Janicki kontaktował się ze Stanisławem Kwiecińskim i przywiózł z Londynu odznakę Koła Lwowian dla Szolgini przyznaną za wiersze o tematyce lwowskiej.


Autor: Andrzej W. Kaczorowski, członek Stowarzyszenia "Res Carpathica"

Sentymentalna opowieść Jacka Gutowskiego o rodzinnym pobycie w Czarnohorze i o poszukiwaniu śladów bohaterów Vincenza - polskiego Homera Huculszczyzny. Rzecz działa się w 2002 roku, zapewne mogłaby i dziś, choć co rok ubywa pamięci i dawnych obyczajów... 


W drewnianej chacie Hanusi i Wasyla Łucjuków wita nas zapach pieczonego w domowym piecu świeżego chleba. Wraz z moją rodziną oraz rodziną zaprzyjaźnionych Ukraińców ze Lwowa spędzimy w Krzyworówni, położonej w sercu Huculszczyzny, dwa wakacyjne tygodnie. Gospodarze na czas naszego pobytu przenoszą się na poddasze, a my zajmujemy cały dół: dwie izby sypialne oraz obszerną sień-jadalnię z werandą. 

„Całość chaty nie tonie bezbronnie w otoczeniu zieleni czy bieli zimowej i nie gubi się w podmurowaniu. Odcina się od terenu jak odrębne ciało, co więcej, zamyka się zakutana, nawet opancerzona. Szczególnie dawne chaty zawierały się zawzięcie niby twierdze, czasem nie byle jakim obwarowaniem. (...) ukazują się zdziwionemu wędrowcowi obwarowane i zawarte szczelnie zameczki drewniane. Nieraz podobne kapliczkom o powyginanych uroczo kopułkach, daszek do daszku nachylony przyjaźnie, półpiętrowe – przyziemne gniazda-zacisza, a cacka budowlane. Bywają grażdy obszerne i malutkie, w szczegółach styl ich nieco samowolny, każda nieco inna, ale zasada ta sama, że po obu stronach chaty otacza je tabor zabudowań gospodarczych z dachami niższymi od chat a spadającymi na zewnątrz. Tu i tam, gdzie tylko zdołają się wepchnąć, tulą się do nasady chaty, a wybiegają poza nią. A ona, niby opierając się na nich bokiem dachu, bierze je pod skrzydła i tuli do siebie.”

Dzisiejsze domy huculskie, w tym chata Łucjuków, to proste drewniane chaty o spadzistych dachach, kryte blachą, przypominające nieco chaty w stylu zakopiańskim. Wyróżnia je tradycyjny wystrój wnętrza – wyszywane w charakterystyczne wzory makatki i liżnyki na ścianach ze świerkowych desek, obok nich ikony i stare portrety przodków rodu w barwnych strojach huculskich, tych samych, które do dzisiaj wiszą w szafach, przechowane z dziada-pradziada na odświętne okazje. Któregoś dnia przebierzemy się w nie wszyscy, aby wykonać pamiątkowe zdjęcia. Nasz zachwyt wzbudzi szczególnie kobiecy naszyjnik, wykonany ze srebrnych monet z czasów Marii Teresy i późniejszych, polskich monet z czasów międzywojennych, który w swoisty sposób wyraża historię tej ziemi. Chata otoczona jest ogrodem i łąkami, na których pasie się półdziko marżyna – konie, świnie, owce i głównie krowy, które same zbierają się na udój o określonej porze. Okoliczne chaty, rozmieszczone na stromym stoku, zamieszkuje klan Zelenczuków, z rodu których pochodzi Hanusja. A w dolinie, dwieście metrów poniżej, szumi Czeremosz. Ten szum i dzwonki pasącej się i wędrującej swobodnie po wsi marżyny, to jedyny dźwięk jaki nam towarzyszy, gdy milknie gwar rozmów, a cień ramienia Ihreca powoli przesuwa się ku górze po zboczu Synyci. Jedynie on zwycięża majestatyczną ciszę odbijającą się od gór.

„Nieraz z daleka już się witają, wołają z pełnej piersi, aż lasy odhukują:
– Zdrowiście, Wasylku luby? Sława Isu!
Odpowiedź równie gromka:
– Na wieki Bohu sława i wam Dmytryku!
– Zbliżają się, ściskają dłonie, potrząsają rękami, starzy ludzie po dawnemu całują się wzajemnie w ręce. 
– Boże pomahaj w drodze! 
– Daj Boże i wam! 
– Czy dużi? (Czyście mocni?)
– Dobrze, jak wy?
– Jak się wam trwa? Jakeście dniowali? Jak spali?
– Myròm. (W spokoju).
– A rodzina?
– Myròm.
– A ojcowie?
– Myròm.
– Żonka-gazdyńka, dziateczki?
– Myròm.
– A co słychać w dolinach, pobratymie słodki ta godny?
– Dobrze tymczasem, Bóg świąteńki cierpi nas, łaskaw jakoś.
– A co na wierchach?
(...) Siadają, kurzą fajki, coraz bardziej zbliża ich rozmowa. (...) Po tych powitaniach niezbędnych zaczynają sobie opowiadać gazdowie nieco dokładniej, co słychać we wsi, a co na świecie. Ciekawy to i cudowny sposób (przez obcych wędrowców zwany huculskim telefonem), którym po górach rozszerzają się wieści i docierają do najdalszych zakątków.”

Nazajutrz wczesnym rankiem budzi nas rześki kobiecy głos. Dobryj deń, ja ciocia Wasyla, a de Hanusja? Nawet moja znajomość ukraińskiego pozwala rozpoznać huculski dialekt. Wiele w nim, jak i u polskich górali, słów zapożyczonych z języków nizin okalających Karpaty: polskiego, słowackiego, rumuńskiego, węgierskiego. Akcent, jak w polskim, pada wcześniej, na drugą, charakterystycznie przeciąganą sylabę, a nie jak w ukraińskim na ostatnią (np. huculskie Zelénczuk zamiast ukraińskiego Zełenczúk). Także ostatnie słowo frazy jest melodyjnie rozciągane. Potakiwanie wyraża się węgierskim („zakarpackim”) ijooo.

Ciocia gospodarza przybyła pomóc zapracowanej Hanusi w przygotowywaniu posiłków dla nas. Jej i Hanusi specjalność to tradycyjne huculskie potrawy: banysz, pidbitok, bryndza, budz, kulesza, wareniki z afinami albo z cebulą i ziemniakami („z cebuleju ta kartofleju”), różnie przyrządzane grzyby, jarzynowe i grzybowe zupy oraz wywary z lokalnych ziół jako napoje. Przybyła niewzywana przez nikogo z odległej o 15 km Werchowyny, coraz częściej po staremu nazywanej Żabiem (hucul. Ziébie).

 Ludzie mówili, że u Hanusi goście, tak ja ne snidała i pryszła.

Przypominam sobie fragment z powieści Vincenza o dorocznej podróży duszpasterskiej proboszcza Krzyworówni do leżącego w głębi Czarnohory Bystreca. Nim ksiądz przebył połowę z górą dwudziestokilometrowej drogi – w Bystrecu, przy kapliczce, ludzie czekali zebrani na nabożeństwo.... Wkrótce, dzięki „huculskiemu telefonowi”, stajemy się ogólnie znani i rozpoznawani nawet w odległych, porozrzucanych prisiłkach i osedkach, do których wędrujemy przez niekończące się strome łąki, poprzegradzane woriniami, tradycyjnymi ogrodzeniami, wykonanymi ze smrekowych drągów. Po wstępnym, obowiązkowym powitaniu: - Sława Isusu!,  – Sława na wiki Bohu! - zawsze jest czas na niespieszną, serdeczną rozmowę. 

„Ten i ów gazda był na chramie w Jasieniu węgierskim albo na jarmarkach w Kosowie, w Syhocie na Węgrzech, a drugi aż w Stanisławowie i to nie raz. (...) Ale znów dużo takich było dawniej i dziś się zdarzy niejeden, co ani razu nie byli nawet w Kosowie. Jak to się mówi: od urodzenia nie bywali w mieście żadnym, ani nikt z ich rodu. O mieście tylko tyle słyszeli, że tam śmierdzi, aż dusi, nie ma wody, nic nie widać, że ciasno i strasznie. Stąd też domy nastawiane jeden drugiemu na głowie i tak też biedacy ludzie latami mieszkają, jeden drugiemu na głowie się tłoczą. Zdarzy się jednak, że taki „niechożały” (nieuchodzony) gazda musi się wybrać gdzieś daleko do miasta, czy do Kosowa, czy do samej Kołomyi. Wtedy jest źle. Gazda, podobnie jak jego nieuchodzony koń, co latami pustuje na pastwiskach, stracha się łatwo, traci wiele czasu, gubi różne rzeczy. Na dolskich gościńcach fury śpieszą się okropnie, nie wiadomo po co. Woźnica wrzeszczy i grozi z daleka, a tu gazda zagapi się i już fura najedzie nań, zrani konia, trąci człowieka. I jeszcze ten woźnica dolski, paskudne człowieczysko, najmniejszej grzeczności nieświadom, widać że z pustego rodu, nawymyśla tak, że w górach za takie głowę by zrąbali. A ten jakoś nic, jedzie sobie dalej. Marny naród. Do miasta przychodzi gazda albo zbyt rano o świcie i tam wyczekuje cierpliwie przed urzędem do południa, albo choć i w biały dzień przyjdzie, ale dla nich czegoś za późno, czekajże teraz przez noc. Tam u nich swój czas. (...) Ale niech tutaj w góry przylezą te łaty miastowe! Tam gdzie byle mizerny chłopczyna w godzinkę pobiegnie po ser czy masło i wróci, ot tak rzec, parę kroków do stai na tej połoninie, którą stąd widać, powiadają, że to wycieczka. Jeden dzień śpią przedtem, a dwa dni potem. Idą jak barany za procesją pogrzebową, odpoczywają jak cyganie po sławetnej pracy cygańskiej. Potem tłumaczą, że to niezdrowo tak zanadto prędziutko latać po górach. Za to zdrowo żyć w mieście. Inny jest ten czas górski, nie może się zgodzić z obcym czasem.”

 

Rodzina Marii i Jacka Gutowskich w Krzyworówni (2002)

Jakże chciałbym, aby był z nami tutaj mój nieżyjący już ojciec, który zaraził mnie miłością do prozy Vincenza i do Hucułów. W pogórskiej podtarnowskiej wiosce, w której zamieszkał, uciekając w latach osiemdziesiątych z miasta na swą emeryturę – okoliczne góry mianował nazwami z Czarnohory: Baba Lodowa    Eudokia, Pop Iwan, Szpyci, a charakterystyczne postacie swych sąsiadów określał imionami bohaterów „Prawdy starowieku” i „Zwady”. W czasach, w których żył, mogliśmy jedynie z rozrzewnieniem spoglądać z Halicza na wschód w kierunku Pikuja i daleko majaczących Gorganów. Dopiero w późnych latach osiemdziesiątych okowy sowieckiej izolacji wschodnich Karpat nieco zelżały. W Czarnohorę ruszyły pierwsze od 1939 roku wyprawy polskich turystów, a dziś wędrowcy z Polski dominują na jej odludnych szlakach, o czym przekonujemy się podczas wyprawy na Popa Iwana. W Krzyworówni, gdzie stał dwór dziedzica Przybyłowskiego, dziadka Stanisława Vincenza, jesteśmy jednak jedynymi przybyszami, jacy zatrzymali się na dłużej.

„Schodząc ze schodów witał ich pan Krzyworówni, wyprostwany i wysmukły, choć siwy już, ziemianin polski, o niebieskich oczach, o łagodnej, ściągłej, nieco schorowanej twarzy. Zrównoważony, lecz smętny też, a małomówny – pierwszy gazda górski. Za nim na półpiętrowym, dość wysokim ganku stała w tłoku rodzina skupiona, lecz w oddaleniu należnym, wokół obszernego fotela, na którym siedziała sędziwa dama, matka dziedzica, zwana przez wnuki Bunia. Słońce już zaszło dawno, lecz fioletowa jej suknia słoneczniła się i promieniowała, jak gdyby cała jej duma rodowa skupiła się w tej sukni. Nikt nie odzywał się , nikt nie śmiał odezwać się dopóki go Bunia nie zagadnęła, i nikt nie ruszył się bez jej zachęty. Dopiero gdy dziedzic zeszedł na dół, zerwała się zaraz najstarsza jego córka, ulubiona przez Bunię, i zeszła za ojcem. Dyscyplina naruszyła się do tego stopnia, że wszystko, co żyło, żona dziedzica, krewni, dzieci dorosłe i małe, domownicy, a także psy, wysypało się bezładnie w dół ku gościom z połoniny. Witano się gwarnie i długo, i powszechnie. Wyłączono jednak przezornie od powitania rzekomo oswojonego młodego niedźwiedzia, zwanego Brus, i najzupełniej oswojonego, ale tylko w stosunkach z ludźmi, nie ze zwierzętami, rysia zwanego Smyk. Jeszcze zanim otwarto bramy, zamknięto je pośpiesznie do furdygi, to jest do aresztu z kamiennych głazów, który znajdował się w dolnym sadzie. Ten nieco ponury pomnik surowych czasów, jeszcze przed stu laty przeznaczony dla dzikich napastników, teraz miewał tylko chwilowe zastosowanie dla takich domowników jak Brus i Smyk. Ponownie otwarto na oścież bramę do ogrodu, w tym jednym dniu trzody połonińskie miały dostęp wszędzie. Witano je jeszcze dłużej niż ludzi. Krowy, grymaśne jak zazwyczaj , poszły od razu do młynówki, pewne, że i tak o nich zapomną. Brodziły po wodzie, popijały ją, a tymczasem chłopaki i dziewuchy ze służby dworskiej uganiali za nimi na bosaka po wodzie. Dźwigając koszyki i koryta pełne jabłek, ugaszczali krowy i cielęta. Konie i źrebięta wtargnęły hurmą przed ganek. Zwęszył je czy dosłyszał ogier ze stajni i witał donośnym rżeniem. Wówczas rżenie końskie przebrzmiało przez wszystkie podwórza i ogrody. W odpowiedzi osamotnieni Brus i smyk odpowiadali przeraźliwymi głosami. Tymczasem przed gankiem za porządkiem karmiono konie cukrem, po czym dzieci wsuwały się między konie, które już skubały sobie świeżą otawę z trawników. Zwabione hałasem pawie zbiegły się z ogrodu i posiadały na poręczach ganku. W końcu wraz z gołębiami przyleciał wcale dorodny ptak, nazywany skromnie Ptaszkiem. Był to orzeł czarnohorski, od małego chowany z kurami i gołębiami.”

Próżno szukając śladów dworu dojeżdżamy do skrzyżowania dróg, gdzie odgałęzia się - karkołomna jeszcze przed wojną - droga na przełęcz Bukowiec. Droga w dół doliny Czeremoszu wiedzie do Uścieryk, gdzie Rzeka Czarna łączy swe wody z Białą, niegdyś stanowiącą granicę polsko-rumuńską. Pytamy o dwór sprzedawczynię w stojącym u zbiegu dróg spożywczym kiosku. Wskazuje ubranego w dawno zużytą marynarkę stojącego opodal starszego człowieka. Starszy  u Hucułów znaczy ponadosiemdziesięcioletni. Staruszek liczy sobie w rzeczy samej ponad dziewięćdziesiątkę, słabo słyszy, ale dwór pamięta świetnie.

 Wróćcie jakiś kilometr w górę doliny, gdzie stoi wzdłuż drogi trzynaście sosen. To jedyna pozostałość ogrodu. Teren dworski rozparcelowano i zabudowano domami – informuje z wyraźną nostalgią w głosie. Wszystko przemija, i my także, i nasz czas – dodaje z zagadkowym uśmiechem. Jak Wasze nazwisko? – pyta Igor, mój ukraiński przyjaciel ze Lwowa. Starzec z trudem wraca myślą ze świata wspomnień i mimo, że rozmowa toczy się po ukraińsku, odpowiada z wyraźnie polskim akcentem: Przybyłowski. A więc napotkaliśmy potomka dziedzica z Krzyworówni! Spoglądamy w górę doliny Waratynu. Pytam po polsku o kuźnię i kowala Sawickiego. Zgodnie z oczekiwaniem nazwisko Sawicki nic mu nie mówi. Wszak jedyny potomek kowala Piotruś Sawicki – panicz Ryś, opisany przez Vinzenza, zginął bezpotomnie w końcu XIX wieku. Ale kuźnia istniała jeszcze niedawno. Ot tam, nad potokiem – wskazuje. 

„W tym miejscu, gdzie stroma i kręta droga, idąca wśród głazów i berd wąwozem Waratynu, z przełęczy Bukowca schodzi na równię , stoi z lewej strony wysoko wśród głazów kapliczka z wyrzeźbionym świętym, błogosławiącym z góry przechodniów, poniżej zaś po prawej stronie drogi, olbrzymi głaz wielkości leśnej koliby, zwany „żydowskim kamieniem”. Nazwa pochodzi stąd, że stoczył się on przed wielu laty, podobno nakrywając wraz z konikiem i małym wózkiem młodego Żyda, nabożnego biedaka i wędrowca z bractwa chasydów, gdy wracał w stronę Kosowa. Jeszcze teraz po lewej stronie drogi wiele podobnych głazów sterczy wysoko, czyhając, zda się , na przechodnia. Miejsce puste i urocze. Tam właśnie znajdowała się stroma ścieżka, zdążająca od Bukowca ku domostwu Foki, od razu pnąca się w górę. Grażda Foki stanowiła (...) kompleks chat i budynków zawikłany dziwacznie, ale organicznie, i połączonych ze sobą za pomocą korytarzy krytych i krętych lub otwartych galeryjek w kształcie podłużnych altan. Pierwotnie zamknięte obejście grażdy zostało przez to rozsadzone. Zamknięty, ciemny ganek łączył starą grażdę z nową chatą w skos w tyle położoną, do której przybudowane były nowsze budynki gospodarcze. Z tyłu zaś były nowe i duże stajnie i obory, połączone gankiem otwartym z jeszcze jedną chatą, jasną i nową, zaopatrzoną w dość duże okna. W niej mieszkali po latach przybrani synowie Foki.”

Nasz samochód mija resztki „żydowskiego kamienia”, rozsadzonego podczas poszerzania drogi i bez trudu pokonuje serpentyny wiodące na Bukowiec. Z przełęczy ruszamy pieszo, grzbietem  na wschód. Gdzieś tutaj musiała stać szumejowa grażda. Nazwisko Szumej nie mówi nic napotkanym w drodze ludziom, taszczącym na plecach worki z zakupami, ale Foka tak – to jedno z najpopularniejszych nazwisk we wsi Jasienów (Jasienowo), czyżby nadane jego przybranym synom? Poza muzealnym obiektem na Zarzeczu jedyną w okolicy zamieszkałą grażdę znajdujemy już tylko, po długim błądzeniu w lesie, u szczytu Ihreca. Zamieszkuje ją od czasu wybudowania w 1925 roku rodzina Potjaków. Chętnie udzielają nam schronienia w chacie przed padającym deszczem. Jak inni Huculi żyją ubogo z hodowli krów i owiec, wyrębu lasu. Miesięczny dochód netto na osobę pracującą rzadko przekracza tutaj 150 hrywien (ok. 25 USD). Podczas wieczornych rozmów Wasyl Łucjuk opowiada o tragicznych i ciężkich czasach ostatniego półwiecza. W przeciwieństwie do mieszkańców wielu regionów Ukrainy, nie odnajdujemy u Hucułów śladów nostalgii za radianskimi czasami i kołchoźlaną stabilizacją. Na ruinach spalonej w czasie wojny cerkwi w Żabiem, huculskiej stolicy, zbudowano stojący do dzisiaj budynek obwodowego komitetu partii (rajkomu). „Wyzwoliciele” spalili także istniejący w Krzyworówni przed 1939 rokiem budynek ukraińskiej organizacji oświatowej Proswita. Gazdom odebrano ziemię, połoniny i założono kołchozy. Najdłużej ponoć nie chcieli wyrzec się swej własności mieszkańcy Kosmacza, tego samego w którym zginął Dobosz, legendarny huculski opryszek. Najbardziej opornych wobec nowego systemu wywożono do łagrów... Wielu nie wróciło już nigdy, jak Petro Szekieryk-Donykiw, huculski działacz społeczny i kulturalny, poseł na Sejm RP, który w jego obradach uczestniczył w huculskim stroju. Te zabarwione ludzkim cierpieniem historie zawsze będą przychodzić mi na myśl podczas czytania fragmentu „Barwinkowego wianka” poświęconego Syrojidom, podludzkim, złym istotom z huculskiej mitologii i ich ojczyźnie – krajowi niewoli.

Pomimo formalnego istnienia spółdzielni we wsi faktycznie respektowano istniejące w ludzkiej pamięci dawne granice łąk i lasów, toteż po 1990 roku, już w niepodległej Ukrainie, nietrudno było je odtworzyć. Nie myślcie że myśmy tę ziemię zabrali dziedzicom Przybyłowskim – mówi z nieskrywaną dumą Wasyl o gospodarstwach klanu Zelenczuków – nasi przodkowie kupili ją od nich uczciwie, jeszcze za Polszczy. Zrujnowanego przez wkraczające w 1939 r oddziały sowieckie kościółka katolickiego w Żabiem nie odbudowano do dzisiaj. Tych, którzy wystarczająco energicznie poczuwali się do polskich korzeni i uniknęli wcześniejszej eksterminacji, przesiedlono na teren województwa opolskiego i wrocławskiego. Wielu mieszkańców okolicznych wiosek ma tam swych krewnych do dzisiaj, o czym świadczą numery rejestracyjne samochodów odwiedzających Krzyworównię – ojciec Wasyla mieszka we Wrocławiu. Po wojnie wybudowano we wsi nową szkołę, dom ludowy i gminną banię, rosyjską odmianę sauny. Założono także muzeum Iwana Franko – w chacie, w której przebywał ukraiński wieszcz. Stanisław Vincenz znał i cenił poetę, a nawet postawił jego popiersie przy swym dworku w Słobodzie Rungurskiej. Jak czytam we wstępie ukraińskiego tłumaczenia pierwszego tomu „Na wysokiej połoninie”, wydanego w 1997 r: „po tragicznym wrześniu 1939 r. Vincenz, wraz z synem Andrzejem, trafił wraz z 6000 więźniów do więzienia w Stanisławowie”. Został stamtąd zwolniony wskutek interwencji stowarzyszenia ukraińskich literatów po kilku miesiącach, po czym zamieszkał w swym letnim domku w ukochanym Bystrecu. Na krótko – po kilku miesiącach, potajemnie, wraz z żoną przekradł się przez Czarnohorę na węgierską stronę, prowadzony przez wiernego huculskiego przyjaciela Biłohołowego, i nigdy już do swej umiłowanej ojczyzny nie wrócił... Ciocia Wasyla doskonale pamięta tamten dzień i pusty rankiem, otwarty dom. Jako młoda wówczas dziewczyna pracowała u Vincenzów w roli służącej. – W domu panowała równość. Wszyscy siadaliśmy razem do stołu przy posiłkach, a pani Irena Vincenz własnoręcznie zaplatała mi warkocze. Po wkroczeniu wojsk niemieckich i węgierskich pani przyjechała na krótko – zapewne zabrać jakieś rzeczy. Chciała wtedy zabrać mnie ze sobą, ale mój ojciec się na to nie zgodził...  Często słyszymy od naszych rozmówców: O Vincenzie nikt tutaj nie powie złego słowa! To wiele znaczy, po latach antypolskiej indoktrynacji...

Za niepodległej Ukrainy w muzeum Iwana Franko, gdzie często zatrzymują się przybywający tu turyści, otworzono pokój poświęcony Vincenzowi, którego sowiecka propaganda nie tak dawno skazała na niebyt. Przetrwał w ludzkiej pamięci. Szkołę niedawno wyremontowano, podobnie jak dom ludowy. Wraz z muzeum, urzędem pocztowym, przystankiem autobusowym i kilkoma sklepami stanowią senne centrum wsi. Tylko gminna bania już nie działa, „uległa decentralizacji”. Zamiast gminnej, ambicją wielu gospodarzy jest uruchomienie małej, własnej, przy chacie w ogródku.

„Lasy stare, pamiętające dawną swobodę, witały radosnymi okrzykami te pieśni, których nie słyszały przez cały czas niewoli, przez pół wieku. Wracała kolęda z tamtego świata, pytała w imieniu Ojców:

Cóż tam porabia nasza warstwa sławna?
Czy wiara taka jak starodawna?

Czyli w kościołach modlą się szczerze?
Czyli się kłonią Tajnej Wieczerzy?
Czy dzierżą mocno starowieku wiarę,
Prawdę swobodną, jak ojce stare?

Kolęda znalazła wszystko po staremu. Nie zgasła jeszcze stara prawda. Starzy ludzie witali kolędę ze łzami w oczach. Gdy pod oknami zagrały skrzypki i trembity, gdy zadzwonił dzwoneczek kierownika kolędy, gdy młode głosy huknęły: „Czy śpisz czy czuwasz gospodareczku?” Odpowiadano z chaty gromko: „Prosimy, prosimy panowie kolędniczkowie”. Kolędnicy rzędem stawali pod oknami, podnosząc ogromne topory jak wojownicy starowieku. W chacie zaś dzieci w radosnym przestrachu pchały się do okna, niepewne, czy może gdzieś w tłumie kolędników nie ukryły się janheły skrzydlate, czy z tyłu za trembitarzami, nie kroczy sam święty Mikołaj. Widziały, jak wśród świateł czerwieniły się stroje kolędników, jak błyskały topory w tańcu, jak na śniegu kotłował pląs.”

Jak kiedyś po zakazach austriackich, tak po 1990 roku po sowieckich, wróciła na Huculszczyznę tradycja zbiorowego kolędowania z muzyką, tańcami i śpiewem. Wasyl należy do najbardziej entuzjastycznych organizatorów grupy ponad stu kolędników, których widzimy na zdjęciu obok krzyworówniańskiej cerkwi.  Wiele się tutaj zmieniło – opowiada stary Zelenczuk, emerytowany cieśla, ojciec Hanusi  tylko 300-letnia cerkiew w Krzyworówni stoi na swoim miejscu. A drewno w niej bez uszczerbku –  dodaje fachowo. Nawet ta sama plebania, w której mieszkał stary ksiądz Buraczyński istnieje do dzisiaj. U nas nie było żadnych konfliktów na tle religijnym – dodaje Wasyl, porównując Huculszczyznę z innymi rejonami Ukrainy, gdzie często dochodzi do sporów pomiędzy grekokatolikami i wiernymi różnych odłamów prawosławia. Po likwidacji cerkwi greko-katolickiej (unickiej) przez władze sowieckie naszą cerkiew przekształcono w prawosławną i dziś taką pozostała. Jako parafianie podlegamy ukraińskiemu patriarchatowi w Kijowie. 

Kolędnicy przy cerkwi w Krzyworówni, lata 1990-te. Zdjęcie ofiarowane autorowi przez Wasyla Zelenczuka.

Mimo to na ścianie cerkwi widnieje pamiątkowa tablica poświęcona unickiemu metropolicie Lwowa Szeptyckiemu i jego słynnemu listowi apostolskiemu „Do moich braci Hucułów”. Na Huculszczyźnie prawie wszystkie parafie należą do prawosławnego patriarchatu kijowskiego lub ponownie stały się greckokatolickie. Tylko nieliczni zamieszkali w Werchowynie Moskale  jak Huculi nieodmiennie określają potomków Rosjan przybyłych po 1939 roku, aby budować zręby sowieckiej administracji  założyli tam cerkiew prawosławną patriarchatu moskiewskiego. Dzisiejszy proboszcz Krzyworówni, Iwan Rybaruk, osobiście pojechał wraz z grupą prawosławnych i unickich Hucułów do Kijowa przywitać Papieża. W wydawanym w Żabiem Kalendarzu Huculskim widnieje zdjęcie wykonane w czasie udzielania mu osobistego błogosławieństwa przez Iwana Pawła II.

„(...) wiele lat temu garstka gazdów huculskich, ze sławnym Foką Szumejowym i rzeźbiarzem Markiem Mehedennym na czele, pojechała pod opieką księdza metropolity lwowskiego do Rzymu. W delegacji do papy-rymskiego, do samego Ojca świętego! Powiadają niektórzy, że tam, a nie gdzie indziej jest pępek ziemi. Przekazują też i dużo o tym gadają, że bardzo by dobrze tamtędy jechać na umieranie, bo bliżej nieba. Nie wiadomo jak z tym naprawdę, ale oni nie po to jechali. Pojechał też z nimi Andrijko. (...) Ku przerażeniu wszystkich Andrijko zerwał się i był już u kolan Ojca świętego. W dole nad błyszczącą podłogą błyszczała potężna łysina Andrijkowa okolona długimi włosami, które odbijały się od jaskrawej czerwieni serdaka i jakoś zanadto się rozwichrzyły. A na podniesieniu papieskim wznosiła się sucha wyrzeźbiona czaszka starca, z ostrym nosem i włosami białymi jak mleko. Rozczulony Andrijko oglądając z bliska tamtą piękną głowę, lubując się jej widokiem, odezwał się wprost do papieża. Zadudnił połonińskim głosem: Dziadeczku luby! Panotczyku święty! Znasz ludzki język czy nie? Bo gdybyś znał, sieroto, to bym ci zaraz opowiedział Dziwa to i najtajniejsze. Rozsadza mnie bratczyku, nagwarzyć się z tobą . Może by o zagadkach, co świat przewrócą? A może o schodach niebiesnych? Dla kogóż to chowałem?”

Papa Rymskij – Polak, rozumiejący doskonale ich ojczystą mowę, jest dla Hucułów niekwestionowanym autorytetem. Jadąc na Huculszczyznę z katolickiej Polski nie sądziłem, że spotkam tam ludzi, którzy zadziwią mnie swą wiarą w Chrystusa, wyrażaną tak głęboko swym życiem, nie tylko w codziennym powitaniu. Tutaj nikt nie może czuć się sam, pomimo oddalenia swojej chaty, odległej od sąsiadów o kilometry stromych ścieżek. Na hali pod szczytem Synyci spotykamy samotną chatkę, zamieszkałą przez osiemdziesięcioletnią, pogodną, jak wszyscy chyba Huculi, staruszkę.  Ja już nie schodzę na dół  ludzie odbierają mi rentę i robią potrzebne zakupy. My wszyscy tu sobie pomagamy, bo inaczej każdy sam zginąłby tu w górach – opowiada o pomocy swych sąsiadów. Iwan Rozwadowski, sąsiad Łucjuków, wiezie nas swym półciężarowym, kilkunastoletnim mercedesem na wycieczkę do Dzembroni, eksponowaną, wyboistą, niekończącą się drogą w górę doliny huczącego i pieniącego się obok Czeremoszu. Bez wahania zatrzymuje samochód widząc innego kierowcę, pochylonego pod klapą zdezelowanego moskwicza: Brateńku lubyj, czy to coś poważnego, czy mogę coś pomóc? Po chwili razem uzupełniają płyn w chłodnicy wodą nabraną z rzeki. Zwracają się do siebie jak przed wiekami! Nie wyobrażam sobie takiej bezinteresownej pomocy we Lwowie – stwierdza z zachwytem Igor. Vincenz opisuje huculską wiarę w istnienie Rachmanów  dobrotliwych, pogodnych, życzliwych i łagodnych ludzi zamieszkałych w wysokich górach daleko, na wschodzie. Rachmanny – znaczy tutaj łagodny, dobry, miłosierny, uosabiający te cechy. Na Huculszczyźnie obchodzono pięć tygodni po Wielkim Tygodniu tzw. rachmańską wielkanoc. Przykładano wtedy ucho do ziemi słuchając, jak Rachmani  daleko, w swym kraju, biją radośnie w dzwony po spożyciu świątecznych jajek, jakie skleiły się same ze skorupek poświęconych i wrzuconych do Rzeki przez Hucułów w Wielką Sobotę i zaniesionych przez wodę do ich kraju. Podobno tradycja o Rachmanach wzięła się ze staroruskiego latopisu Nestora, relacjonującego wrażenia greckich (bizantyjskich) podróżników o Brachmanach zamieszkujących Tybet. Vincenz dopuszcza także wpływ hebrajskich przekazów chasydów, licznie kiedyś zamieszkujących te rejony, a nawet wpływ islamu. W drodze powrotnej, czekając w pięciogodzinnej kolejce na granicy ukraińsko-polskiej, przeglądam papieską encyklikę Dives in misericordia. Wszak polskie placówki na przejściu granicznym przybrane są w biało-żółte flagi z racji odbywanej właśnie pielgrzymki Ojca Św., poświęconej Bożemu Miłosierdziu. Wpadają mi w oczy zdania, których sens mocno spaja moje refleksje: „Drugie z wyrażeń, które w słownictwie Starego Testamentu służy dla określenia miłosierdzia to rahamim.(...)w swym źródłosłowie wskazuje na miłość matczyną (rehem=łono matczyne). (...) rodzi całą skalę uczuć, a wśród nich dobroć i tkliwość, cierpliwość i wyrozumiałość, czyli gotowość przebaczania”.

Wracam myślą do rozmów z Wasylem o trudnym dniu dzisiejszym Huculszczyzny i całej Ukrainy, o niepewnej przyszłości. Wraz z Igorem jesteśmy pewni, że ta kraina, tak gościnna i atrakcyjna przyrodniczo i kulturowo może, podobnie jak w czasach drugiej Rzeczypospolitej, stać się ponownie Mekką polskich i, szerzej, zagranicznych turystów i letników. Wasyl wraz z Igorem, z uznaniem i pewną dozą zazdrości patrzą na rozmach reform społeczno-gospodarczych, jakie zmieniły obraz zachodniego sąsiada ich ojczyzny. Nam trzeba ukraińskiego Balcerowicza – nieodmiennie konkludują nasze dyskusje. To, czy wasz rejon będzie w przyszłości licznie odwiedzany przez zagranicznych letników, zależy tak od stabilności Ukrainy, jak i od samych Hucułów  odpowiadam. Rozwój agroturystyki jest hamowany przez kiepskie warunki sanitarne  nawet w bogatszych huculskich chatach. Korzystając z wychodka  sławojki, jaką zasłynął ponad 70 lat temu ówczesny minister oświecenia publicznego i wyznań religijnych, rozpościerającej wówczas nad Czeremoszem swą jurysdykcję drugiej Rzeczypospolitej, doceniam ogrom dokonań polskich samorządów gminnych, które budując w ciągu ostatnich 10 lat tysiące kilometrów wodociągów i kanalizacji, nadrobiły szybko dziesięciolecia zaniedbań w tym zakresie.  W tym kraju nie myślano o sprawach bytowych nawet w takim stopniu jak w PRL  mówi Igor. Wasza władza ludowa dopuszczała, mimo wszystko, porównania z zachodnimi statystykami liczby samochodów przypadających na rodzinę, chociaż stosunkowo słabo w nich wypadaliście. W imperium sowieckim w ogóle takich statystyk nie brano pod uwagę. Po uzyskaniu niezależności przez Ukrainę podano natomiast do wiadomości inną przerażającą statystykę: w ZSRR jeden czołg przypadał na cztery rodziny! Stąd ta głęboka zapaść poziomu życia z której musimy się wydostać! Tak tutaj, jak i na całej Ukrainie. Bez względu na przyczyny – dystans do nadrobienia jest rzeczywiście ogromny. A odpowiedź na pytanie, czy na Huculszczyznę wróci przedwojenna, turystyczna prosperity jest bez wątpienia jednocześnie odpowiedzią na pytanie o poziom życia i przyszłość materialną samych Hucułów. Oby była odpowiedzią pozytywną! Życząc im tego z całego serca wypowiadam do ukraińskiego celnika dwa słowa:  Do pobaczenja! – Wsioho wam dobroho! – odpowiada.


Autor: Jacek Gutowski

Wszystkie cytaty pochodzą z pierwszego tomu tetralogii Stanisława Vincenza „Na wysokiej połoninie” pt. „Prawda starowieku”, wyd. PAX Warszawa 1983.


Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Dr Jan Skłodowski zaprasza nas do Podolińca - miasta o historii niezwykłej i barwnej. Miasta, które ongiś rozsławiało Rzeczpospolitą nie orężem, nie podbojami, ale czymś zdecydowanie bardziej wartościowym - nauką i wiedzą. Zapraszamy do lektury pasjonującej opowieści o tamtejszym kolegium pijarskim, szczególnie znanym i znakomitym w XVII i XVIII wieku. I zachęcamy do odwiedzin owego uroczego spiskiego grodu i do odszukania na miejscu śladów jego dawnej świetności.

Artykuł był publikowany w 25 tomie Pamiętnika Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w 2017 roku.


Mieszkańcom Podolińca,
by pamiętali o chlubnej przeszłości swego miasta.

Podoliniec, znany w różnych okresach swej historii także jako Podolinum (łac.), Pudlein (niem.), Podolin (węg.) czy Podolínec (słow.), jest dziś niepozornym, acz nadal niezmiernie interesującym miasteczkiem północnych rubieży słowackiego Spiszu. W tej to właśnie miejscowości założony został z górą trzysta siedemdziesiąt lat temu, bo w roku 1642, konwent pijarów, zaś rok później – prowadzone przez nich słynne z czasem kolegium, czynne pod różnymi postaciami przez bez mała trzy stulecia. Przywołajmy tedy pokrótce dzieje i przesłanie szkoły, która swą renomą i poziomem promieniowała daleko poza spiską ziemię, ba, nawet poza granice dawnej Rzeczypospolitej. Z tego to powodu miasto lokalizacji tej szkoły, będącej w istocie, jak byśmy dziś powiedzieli, uczelnią europejskiego wychowania par excellence, nazywano „Słowackim Oxfordem”, a także niekiedy „Atenami Północy” czy „Atenami nad Popradem”. Powyższe określenia Podolińca mają znaczącą wymowę zwłaszcza obecnie, gdy kraje związane historycznie z tym obszarem, więc kolejno Polska, Węgry i Słowacja, są członkami Unii Europejskiej.

Podoliniec leży na terytorium wchodzącym w skład państwa polskiego u zarania jego dziejów jako południowa Sądecczyzna, granicząca z Królestwem Węgier – ówczesna bowiem granica pomiędzy tymi państwami biegła prawdopodobnie doliną Hornadu, więc nieco na południe od linii Karpat. Dopiero na początku XIV stulecia, na skutek ekspansji Węgier ku północy, przesunęła się na ich grzbiet (tak biegnąca granica nie ulegała przez następne stulecia zasadniczym zmianom), by dziś rozdzielać Polskę i Słowację. Graniczne to terytorium, zwane w średniowieczu „okręgiem podolinieckim”, zostało zasiedlone przez polską ludność wędrującą z Sądecczyzny w górę doliny Popradu. Okręg podoliniecki należał wtenczas administracyjnie do ziemi krakowskiej i podlegał tamtejszemu biskupstwu. Można nadmienić, że oprócz Podolińca powstały tam jeszcze dwie inne polskie osady – późniejsze miasta Stara Lubowla (słow. Stara Lubownia) i Gniazda.

Podoliniec znany był już na początku XIII stulecia jako będąca własnością książęcą wieś parafialna. W 1244 roku, więc trzy lata po najeździe mongolskim (zwanym też tatarskim), książę Bolesław Wstydliwy udzielił lokacji sołectwa na prawie magdeburskim pierwszemu zasadźcy – krakowskiemu rycerzowi Henrykowi, zaś żona Bolesława Kinga (Kungunda), córka króla węgierskiego Beli IV, wzniosła niewielką fortyfikację, darowując miejscowość na wyposażenie sądeckim klaryskom. Po zniszczeniu Podolińca przez kolejny najazd w 1285 roku, przybyli do niego, podobnie zresztą jak i do innych miast spiskich znacznie przez te najazdy osłabionych, niemieccy koloniści z Nadrenii, Śląska i być może z Saksonii, od tej ostatniej popularnie zwani Sasami, niemniej ulegający z biegiem czasu polonizacji. W miastach tych nastąpił wówczas znaczny rozkwit handlu i rzemiosła, zaś sam Podoliniec zyskał dodatkowo na znaczeniu poprzez otrzymanie praw miejskich w 1292 roku, stając się w ten sposób ważnym warownym ośrodkiem przy trakcie wiodącym z Krakowa przez Nowy Sącz ku miastom węgierskiego Spiszu – Kieżmarkowi i Lewoczy. Zresztą niebawem, jak wspomniano, przeszedł na początku XIV stulecia pod węgierskie panowanie, które zresztą nadal sprzyjało jego rozwojowi, zwłaszcza wtedy, gdy przywilejem władcy (króla Ludwika I Wielkiego) stał się w roku 1343 wolnym miastem królewskim, więc podlegającym wyłącznie królowi.

Podoliniec – widok ogólny miasta (na lewo – kościół farny, na prawo – kościół popijarski)

Polska odzyskała prawa do Podolińca w roku 1412, gdy okręg podoliniecki, określany od tego czasu jako dominium lubowelskie, wraz z trzynastoma innymi spiskimi miastami1 został oddany jej przez króla węgierskiego Zygmunta Luksemburskiego jako zastaw za udzieloną mu przez Władysława Jagiełłę pożyczkę w wysokości 37 tysięcy kop szerokich groszy praskich (czyli 2 miliony dwieście dwadzieścia tysięcy monet o łącznej wadze ok. 7,5 tony kruszcu – ówcześnie 1 grosz zawierał dwa gramy czystego srebra)2.

Taką to drogą – a należy tu wyraźnie podkreślić, że wyłącznie pokojową – Podoliniec znalazł się na podlegającym polskiej administracji zastawnym terytorium stanowiącym przynależne do województwa krakowskiego starostwo spiskie. Tu można dodać, że jego najbardziej znaną w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej mapę wykonał ponad trzy wieki później, bo w 1762, Franciszek Florian Czaki (ok. 1710–1772)3.

Na początku XV stulecia Podoliniec był miastem okolonym murami obronnymi, w których linii znajdował się zamek i baszty. W rynku znajdował się zachowany do dziś parafialny kościół pod wezwaniem NMP, pamiętający zapewne koniec XIII stulecia. Świątynia ta została w końcu XV wieku odnowiona przez starostę spiskiego Piotra Kmitę, zaś w późniejszych latach poddana kilku przebudowom, które nie zmieniły jednak w zasadniczy sposób pierwotnej bryły. Cenne barokowe ołtarze i wyposażenie kościoła zachowały się, nadal też można w głównym ołtarzu odnaleźć książęcy herb kolatorów Lubomirskich – Szreniawę bez Krzyża, zaś w prezbiterium podziwiać odsłoniętą podczas prac konserwatorskich niezwykle cenną polichromię z połowy XIV w. Dopełnieniem dostojności podolinieckiej fary jest wzniesiona przy niej murowana dzwonnica zwieńczona charakterystyczną renesansową attyką.

W miastach Spiszu, także więc w Podolińcu, ze względu na ich niemiecką kolonizację zapanował na fali reformacji protestantyzm. Tak więc dla rekatolizacji części tej krainy podlegającej Polsce, poprzez upowszechnienie kształcenia w duchu katolickim młodzieży ze wszystkich stanów, postanowiono oprzeć się pierwotnie na zakonie jezuitów. Jednakże bieg zdarzeń sprawił, że wybór padł na pijarów (pijar – łac. pius znaczy ‘pobożny’), których osiągnięcia jako dobrych organizatorów katolickiego szkolnictwa były już, podobnie jak i jezuitów, szeroko znane i cenione. Założycielem w 1617 roku ich wspólnoty zakonnej był wywodzący się ze starego szlacheckiego hiszpańskiego rodu duchowny katolicki Józef Kalasancjusz (hiszp. José de Calasanz, 1556–1648). Ten osiadły na stałe w Rzymie reformator oświaty otworzył tam w 1597 roku pierwszą powszechną bezpłatną szkołę publiczną w Europie (przy kościele św. Doroty na Zatybrzu) dla ubogich dzieci ze społecznego marginesu, ale też i pochodzących z bogatych domów. W 1621 roku kongregacja została podniesiona przez papieża Grzegorza XV do rangi Zakonu Kleryków Regularnych Ubogich Matki Bożej Szkół Pobożnych (Ordo Clericorum Regularium Pauperum Matris Dei Scholarum Piarum), zwanego w skrócie Zakonem Szkół Pobożnych, a Józef Kalasancjusz został jego pierwszym generałem4. Zakon rychło zyskał uznanie jako dobrego organizatora szkolnictwa poza Rzymem, a niebawem i za granicą, dzięki czemu w ciągu dwóch dziesięcioleci powstało trzydzieści prowadzonych przez pijarów kolegiów, kształtowanych ich dewizą Pietas et Litterae (Pobożność i Nauka).

Zabiegi mające na celu sprowadzenie pijarów do Polski zostały podjęte już w roku 1633 przez króla Władysława IV Wazę i Stanisława Lubomirskiego, pełniącego różne wysokie funkcje w ówczesnej administracji, m.in. wojewody krakowskiego. Był on przedstawicielem książęcego rodu, z którego pochodzili na przestrzeni bez mała dwóch wieków starostowie spiscy, mający swą siedzibę w nieodległym lubowelskim zamku, a jednocześnie zarządcy Podolińca. To dzięki nim właśnie nastąpił gospodarczy rozkwit miasta i utrwalenie jego znaczącej pozycji nie tylko na Spiszu, ale i w całej Koronie, nawet Rzeczypospolitej. Jednakże pijarzy nie byli jeszcze skłonni założyć w Polsce swojego domu zakonnego i kolegium, choćby z tego powodu, że nie dysponowali nauczycielami znającymi języki słowiańskie, zaś pijarska reguła nie przewidywała zatrudnienia świeckich wykładowców.

Wtedy to trwała na Morawach, a tam pijarzy posiadali swe domy zakonne i szkoły, wojna trzydziestoletnia, będąca w istocie krwawym konfliktem pomiędzy katolikami a protestantami, zagrażającym nie tylko działalności pijarów, ale i fizycznemu ich przetrwaniu. W 1642 roku, ze względu na wspomniane niebezpieczeństwo, o. Ioannes Dominicus Franchi z jedenastoma zakonnikami uszli ze swej siedziby w Lipniku na Morawach, by znaleźć schronienie u Stanisława Lubomirskiego w Wiśniczu. Dopiero wtedy prowincjał o. Onufry de Comitibus (Conti) zaakceptował pozostanie pijarów w Polsce, przyjmując nadaną przez Stanisława Lubomirskiego fundację kolegium w Podolińcu oraz domu zakonnego – z królewskiego nadania – w Warszawie. Tu można dodać, że podróże Contiego pomiędzy Polską a Morawami nie musiały być bezpieczne, skoro w drodze musiał chronić ich specjalnie przydzielony oddział dwudziestu Kozaków i Wołochów. Stanisław Lubomirski przeznaczał na utrzymanie domu zakonnego roczną kwotę 900 talarów czeskich, z tego 800 talarów na potrzeby szesnastu pijarów. Dotacja ta była zabezpieczona dochodami z własnych dóbr, co zostało ujęte w akcie wydanym nieco wcześniej, bo 8 listopada na Wawelu. Do wypłacania podolinieckim pijarom corocznie takiej kwoty na utrzymanie oraz zapewnienia bezpieczeństwa zobowiązał donator swoich sukcesorów, by zgodnie ze swoim powołaniem ćwiczyli młodzież w chrześcijańskiej pobożności i naukach, wiarę i religię katolicką szerzyli poprzez głoszenie kazań i katechizację, a o fundatorze we Mszy św. i swoich modłach po wieczne czasy pamiętali– kwota ta była pijarom wypłacana do 1680 roku. Fundator zabezpieczył również dla konwentu, na dochodach z kamieniołomów, roczną kwotę 11 500 talarów – tak, by ewentualne trudności z wypłacaniem zagwarantowanych innych świadczeń nie okazały się zbyt dolegliwe. Istotne jest także, że król Jan Kazimierz przeznaczył pijarom wsparcie finansowe z dochodów z kopalni soli.

We wspomnianym 1642 roku, na przełomie listopada i grudnia, zjawiło się w Podolińcu czternastu pijarów. Przybyli księża, bracia i nowicjusze reprezentowali wiele narodowości, jako że napotkamy pośród nich Czechów, Niemców, Słowaków, Węgrów, wreszcie Austriaka i Włocha, zaś polscy wykładowcy byli oczekiwani nieco później – dwaj pierwsi z nich to Wacław Opatowski i Kazimierz Pietrzkiewicz. Początkowo pijarzy otrzymali siedzibę zakonną (domicylium) w podolinieckim zamku, znalazła w nim również czasowe pomieszczenie ich szkoła, której szumna inauguracja cum civitatis huius musica, cum tubis et tympanis, czyli z miejską muzyką, z trąbami i bębnami, nastąpiła 18 czerwca 1643 roku. Mury nowego kolegium zostały poświęcone po dziesięciu dniach, zaś faktyczne otwarcie zakładu odbyło się 12 lipca. Pierwszym rektorem uczelni (minister domus) został wymieniony wyżej ks. Ioannes Dominicus Franchi (1595–1662), późniejszy pierwszy polski pijarski prowincjał.

Wcześniejsza uroczystość inauguracyjna utworzenia domu pijarów w Podolińcu, odbywająca się 10 grudnia 1642 roku, została uświetniona obecnością reprezentantów biskupa i Kapituły Krakowskiej – księży Mikołaja Oborskiego i Krzysztofa Sapeliusa oraz prepozyta spiskiego i biskupa waradyńskiego Ladislausa Hoszutóthy’go. Po inauguracji zebrani stanęli na miejscu wskazanym pod budowę klasztoru na lewym brzegu Popradu we wschodniej części miasta. Ustawili tam drewniany krzyż, a na poświęconym kamieniu węgielnym pod nową budowę umieszczono interesującą historycznie inskrypcję o barokowej stylistyce, której tekst przytacza w swym szkicu Marian Gotkiewicz:

Stanislaus Lubomirski Comes in Wisnicz Palatinus et generalis Capitaneus Cracoviensis Civitatum Scepusiensium Gubernator Ecclesian hanc et Collegium Clericorum Regularium Pauperum Matris Dei Scholarum Piarum cum fundatione liberali ad maiorem Dei gloriam promovendam, fidem catholicam propagandum, hereses in istis partibus extirpandas — sumptibus propriis erexit, dotavit, perfecit, etc.6 [co w przekładzie na język polski znaczy: Stanisław Lubomirski, komes na Wiśniczu, wojewoda i starosta generalny krakowski, zarządca miast spiskich, własnym sumptem wzniósł, uposażył, udoskonalił etc... kościół ten oraz kolegium kleryków regularnych ubogich Matki Bożej szkół pobożnych z ustanowieniem szczodrego zaopatrzenia dla promowania wzrostu chwały Bożej, krzewienia wiary katolickiej i wyplenienia herezji w tych stronach – tłum. J.S].

4.	Portret Stanisława księcia Lubomirskiego (Muzeum Lubowelskie w Starej Lubowli)

Portret Stanisława księcia Lubomirskiego (Muzeum Lubowelskie w Starej Lubowli) 

Budowa nowego kompleksu klasztornego wraz z kościołem pod wezwaniem św. Stanisława biskupa i męczennika, patrona fundatora – Stanisława Lubomirskiego – rozpoczęła się tedy w roku 1642. Na realizację przedsięwzięcia przewidziano 80 tys. florenów – 50 tys. na jego budowę, pozostałą kwotę na jego wyposażenie. W archiwum oo. pijarów w Rzymie, wśród innych dokumentów dotyczących domu podolinieckiego zachowały się plany kompleksu zawierające opisy składających się nań obiektów – kościoła, szkoły, domicylium, ogrodu, dziedzińców czy bram. Budynki klasztoru, o trzech dwukondygnacyjnych skrzydłach z masywnymi wieżami w narożach, wzniesiono na zewnątrz miejskich murów wraz z nową centralnie położoną świątynią. Klasztor z kościołem o dwuwieżowej fasadzie, przed którym ustawiono słup z figurą świętego, utworzył zwarty zamknięty, bo otoczony własnym murem, barokowy kompleks z rajskim ogrodem i drugim dziedzińcem ze studnią okolonym mniejszymi zabudowaniami. Budynkom od strony rzeki Poprad towarzyszył rozległy ogród, także okolony murem, na którym umieszczono słoneczny zegar. Tak zakomponowana całość nawiązywała wyglądem do znanych z Włoch zamkowych zespołów obronnych, a także do rodzimych klasztorów o takim charakterze, jak np. bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej czy innych znanych ufortyfikowanych rezydencji. Ze względu na przyleganie jego do miejskich murów obronnych pijarskie założenie harmonijnie zespalało się z układem fortyfikacyjnym. Nie jest dokładnie znany architekt tego założenia – niektórzy widzą tu wiedeńczyka Joannesa Jacobusa Pochspergera (Poschbergera?, Bockbergera?), inni, co uzasadnione, pracującego dla Stanisława Lubomirskiego polskiego architekta od fortyfikacji, Krzysztofa Mieroszewskiego.

Po sześciu latach, dokładnie 28 czerwca 1648 roku, zakończono prace budowlane i kolegium przeniosło się do nowej siedziby, niemniej prace przy wystroju wewnętrznym ukończono dopiero w 1651 roku, a kościół został wyświęcony dopiero dwadzieścia lat później. Być może powodem opóźnienia tej uroczystości była konieczność przeprowadzenia napraw uszkodzeń spowodowanych pożarem.

Przed frontem kościoła, którego wieże podwyższono w XVIII stuleciu (do 44 m wysokości) i wyposażono w rokokowe hełmy, znajduje się dziedziniec, do którego od strony rynku prowadzi brama osadzona w miejskich murach. Na wprost niej, w portalu wejścia do świątyni, dostrzec można znajdujące się we frontonie malowidło naścienne wyobrażające patrona świątyni – św. Stanisława. Ta jednonawowa świątynia typu halowego o cennym barokowym wyposażeniu zachowała w głównym ołtarzu swój najznakomitszy zabytek – dużych rozmiarów płótno przedstawiające scenę wskrzeszenia Piotrowina przez św. Stanisława. Ujęte jest ono w bogato dekorowaną złoconym ornamentem, półkolistą w górnej części ramę z rzeźbami aniołów. Dzieło to, noszące datę 1688 (być może jest starsze, a podany rok wskazuje jedynie przeprowadzenie prac konserwatorskich), pochodzi z krakowskiej szkoły Tomasza Dolabelli z połowy XVII stulecia. Jest ilustracją legendy o Piotrowinie, zapisanej w Żywocie św. Stanisława. Według niej biskup krakowski św. Stanisław ze Szczepanowa (zwany też Szczepanowskim) nabył dla biskupstwa od zwanego Piotrowinem Piotra Strzemieńczyka pewien obszar ziemi. Jednakże po śmierci Piotrowina jego następcy zakwestionowali transakcję i zażądali zwrotu dóbr. Biskup Stanisław przedstawił sprawę przed sądem, niemniej nie uznano jego prawdomówności. Wobec tego biskup polecił otworzyć grób i wskrzesił Piotrowina, aby mógł potwierdzić, że biskup wszedł w posiadanie ziemi w sposób uczciwy. Na obrazie tym, prócz biskupa Stanisława i przywracanego do życia Piotrowina można zauważyć wśród zebranych także fundatora konwentu Stanisława Lubomirskiego i jego syna Jerzego Sebastiana. Ołtarzowi głównemu towarzyszą po bokach obrazy św. Józefa Kalasancjusza oraz św. Jana Nepomucena, nad nim natomiast – wizerunek św. Jerzego walczącego ze smokiem w ośmiobocznej ramie zwieńczonej wyciętym w drewnie herbem Lubomirskich – Szreniawą bez Krzyża. Interesujące we wnętrzu kościoła są także pozostałe ołtarze z rokokową dekoracją – poświęcone św. Krzyżowi, Zwiastowaniu Marii, św. Katarzynie Męczennicy i, w kaplicy bocznej, św. Filipowi Neri (Neriusowi lub Nereuszowi), a także dobrej roboty barokowa ambona oraz naścienne malowidła w przejściu do kaplicy. Na jej ścianie znajduje się kolejny znak odległej przeszłości – wmurowana z brązowego kamienia wapiennego (marmuru) tablica nagrobna podolinieckiego proboszcza Purcandy, zmarłego, jak głosi wyryta na niej data, 8 października 1617 roku, więc jeszcze przed wzniesieniem klasztornego kościoła. Tablica ta z komemoratywnym łacińskim tekstem znajdowała się niegdyś w innym miejscu – przy położonym poza miastem dawnym kościółku pw. św. Anny, dziś cmentarnej kaplicy.

Klasztorny budynek, będący siedzibą pijarskiego domicylium, mieścił nowicjat, a także konwikt, w którym znajdowali internatowe lokum zamożniejsi scholarze. Należy tu dodać, że nowy podoliniecki dom pijarów zaszczycił niedługo przed śmiercią sam Józef Kalasancjusz.

Plan pijarskiego zespołu kościelno-klasztornego w Podolińcu, 1643 (reprodukcja w klasztorze redemptorystów w Podolińcu)

Kolegium w Podolińcu było w Polsce drugą założoną i prowadzoną przez pijarów szkołą7. Z chwilą jej otwarcia (jeszcze w pomieszczeniach zamku), jak wyżej podano w 1643 roku, zgłosiło się do nauki 189 uczniów.

Nowicjat dla kleryków powstał już na początku działalności szkoły i był prowadzony przez ks. Augustyna Strinbocha. Powstały też dwie klasy świeckie – scholae legendi i scholae gramaticae zorganizowane przez ks. Glicerego Neumana. Niebawem, w 1646 roku, utworzono klasę trzecią – syntaksy, w następnych latach kolejne: a to w 1648 prowadzoną przez ks. Wacława Opatowskiego klasę poetyki, w 1651 – retoryki, w której nauczał o. Marcin od Matki Bożej. Dzięki sprawnej działalności organizatorskiej szkoła miała już wkrótce wszystkie przewidziane do utworzenia klasy: arytmetyków, gramatykalistów, parwistów, poetów, principistów, retorów, syntaksistów. W kolegium uczono filozofii, łaciny, prawideł czytania i gramatyki; wiadomo, że wysoko stały matematyka, astronomia i inżynieria wojskowa.

W kolegium realizowano program szkoły średniej, który obejmował dwa stopnie: niższy (realizowany w klasach gramatykalnych) i wyższy (w klasach humanistycznych). Powstał też w 1648 roku związany z nowicjatem dwuletni kurs filozoficzny jako studia suprema – prowadzony przez Kazimierza Pietraszkiewicza, sprowadzonego z Krakowa przez Stanisława Lubomirskiego. Kurs ten był przeznaczony dla absolwentów szkoły średniej jako kolejny etap kształcenia przed podjęciem nauki w szkole wyższej. W tym samym 1648 roku zorganizowane zostało profesorium do kształcenia w zawodzie przyszłych nauczycieli szkół pijarskich, a wstąpić do niego mogli ci, którzy mieli za sobą dwuletni nowicjat.

Zakład podoliniecki prowadził więc działalność edukacyjną na następujących polach: kształcenia młodzieży świeckiej w zakresie programu szkoły średniej, a także pijarskich kadr zakonnych w ramach nowicjatu i kursu filozoficznego oraz nauczycielskich w profesorium. Ponadto, pijarzy z Podolińca nauczali w dwu szkołach ludowych – miejscowej oraz znajdującej się w pobliskiej Białej Spiskiej.

W konwencie znajdowało się tabularium (archiwum) z rękopiśmiennymi kronikami uczelni, księgami metrykalnymi będącymi rejestrami uczniów, zakonników, nowicjuszy, księgami zmarłych pijarów wykładowców uczelni oraz bogatą dokumentacją związaną z funkcjonowaniem konwentu i kolegium8. Ważniejsze dokumenty zachowywano po uporządkowaniu tematycznym w zwojach lub szufladach, inne były przez kopistów przepisywane do oddzielnych tomów. Zapisy starano się systematycznie prowadzić od początku działalności szkoły praktycznie przez cały czas jej istnienia, choć przeszkadzały temu zdarzające się co pewien czas działania wojenne i zarazy. Początkowo, od 1644 roku, prowadzono je w języku włoskim, pierwszym bowiem przełożonym był genueńczyk Giovanni Franco (Joannes Dominicus a Cruce), następnie po łacinie; bywało też, że na ten język tłumaczono wcześniejsze włoskie teksty. Szczególnie interesujące są spisy uczniów, których nazwiska łatwo poznamy z zachowanych w znacznej części spisów. W rejestrach z XVII i XVIII wieku dominują nazwiska polskobrzmiące – przykładowo w roku 1651 m.in.: Borowiński, Braclawski, Chwalibog, Czerwinski, Frankowicz, Głogowieński, Gorski, Jablonowski, Kaliszowski, Kochanek, Lipnicki, Marcinkowicz, Mierzunski, Pękowski, Pietrkowicz, Ptasnik, Rybak, Samborski, Stroński9, ponieważ w tym okresie zdecydowana większość z nich przybywała z ziem polskich, głównie z Małopolski; zdarzało się, że scholarze pochodzący ze Spiszu, a zwłaszcza z dominium lubowelskiego, nosili także podobne nazwiska. Imieniu ucznia (zapisanego w łacińskim brzmieniu) i jego nazwisku towarzyszyło określenie pochodne od nazwy klasy, w której się kształcił, więc np. Gramatista, Parvista, Principista, Syntaxista, także narodowość – Polonus, Lituanus, Rutenus, Germanus; gdy reprezentował stan szlachecki, dodatkowo występowała przez narodowością adnotacja Nobilis. Niekiedy nie oddawała ona prawdy w tym względzie – zdarzały się przypadki, że uczniowie przybywający z odleglejszych stron, a pochodzący z bogatszych rodzin, mimo braku statusu szlacheckiego taki właśnie podawali, by „poprawić” swą pozycję tak w społeczności kolegów, jak i w odbiorze wykładowców. Uczniowie pochodzący z Podolińca, często o niemieckobrzmiących nazwiskach, występowali w spisie jako Podolinensis (podolinieccy, czyli miejscowi). Rejestry te niosą interesujące i ważne informacje pozwalające odtworzyć obraz ówczesnej społeczności uczniowskiej, a także, dzięki wskazaniu narodowości, wskazać, z jakich stron Rzeczypospolitej czy Europy ściągali do Podolińca scholarze. Fenomenem tej uczelni był fakt, że ufundowana przez polskiego świeckiego możnowładcę, a prowadzona przez zaproszonych z zagranicy duchownych, była przeznaczona dla młodzieży reprezentującej wszystkie stany ówczesnej Rzeczypospolitej, więc szlachecki, mieszczański i chłopski. Uczelnia była dostępna również dla przybywających z zagranicy, np. Czech, Śląska, Węgier, a nawet Austrii, a jej wysoka renoma wzmacniana była atmosferą panującej w kolegium tolerancji. Budowało ją specyficzne położenie Podolińca – miasta leżącego na Spiszu, więc ziemi pogranicza narodów, religii i kultur, na której, prócz ludności miejscowej, znaleźli się w ubiegłych stuleciach i pozostali jako w swej ojczyźnie polscy osadnicy z ziemi krakowskiej, a także dawni koloniści niemieccy, również ze względu na bliskie sąsiedztwo – Węgrzy, wreszcie Rusini (zwani tu Rusnakami) i Wołosi, kończący w tych stronach swą wędrówkę łukiem Karpat. Wspomniana różnorodność narodowa, więc i językowa, podolinieckich scholarów nie była przeszkodą w prowadzeniu zajęć – zdecydowana ich większość odbywała się bowiem po łacinie, a tylko niektóre z niektóre z nich, jak religia, w językach ojczystych.

Lista scholarzy, 1652 - z archiwaliów kolegium pijarskiego w Podolińcu (Centralne Archiwum Węgierskiej Prowincji Pijarskiej w Budapeszcie)

Kolegium nie stawiało ścisłych ograniczeń wiekowych, przyjmowano chętnych do 30. roku życia, choć podobno najmłodszy uczeń liczył lat… pięć.

Zachowane archiwalne księgi pozwalają także zapoznać się z kadrą pedagogiczną szkoły. Przez cały czas istnienia jej nauczycielami byli pijarzy, tylko niekiedy wykładowcami, i to wybranych przedmiotów, bywały osoby świeckie. Nauczyciele reprezentowali różne narodowości – byli nimi Polacy, Węgrzy, Słowacy, Rusini, Czesi, Niemcy, wreszcie przybysze z dalszych krajów, więc Włosi, Chorwaci czy Słoweńcy. Zdarzało się też, że w razie potrzeby przybywali do Podolińca nauczyciele z innych zagranicznych pijarskich domów. Nauczyciele obcych narodowości przeważali liczebnie zwłaszcza w stuleciu XVII, w następnym bowiem coraz częściej byli nimi Polacy. Nauczyciele pijarscy wywodzili się, podobnie jak i scholarze, z różnych warstw społecznych, najczęściej jednak ze stanu mieszczańskiego. Bywali wśród nich także przedstawiciele warstwy szlacheckiej, zwykle tej uboższej, ale też niekiedy możnych arystokratycznych rodów, zarówno polskich, jak np. Daniłowiczów, Leszczyńskich, Małachowskich, Potockich czy Wąsowiczów, jak i węgierskich – Berzéwicych, Horvath-Palocsáyów i Raskovanych, by wymienić tylko niektóre.

Szczególnie cennymi i ważnymi z historycznego punktu widzenia pozycjami w podolinieckim archiwum były cztery rękopiśmienne pergaminowe dokumenty-dyplomy: króla polskiego Michała Korybuta (z 1671 roku o swobodzie wyznania wiary rzymskokatolickiej w trzynastu miastach spiskich), księcia Stanisława Herakliusza Lubomirskiego (z 1674 roku o nadaniu pijarom parafii Spiska Biała) oraz króla węgierskiego Leopolda I (z 1675 roku) i króla polskiego Jana III (z 1683 roku) potwierdzające powyższe nadania Lubomirskiego10.

Większość podolinieckich archiwaliów została na początku lat 20. XX w. przewieziona do archiwum w Budapeszcie, gdzie znalazła miejsce m.in. w zespole Podolinum – dziś jest to Centralne Archiwum Węgierskiej Prowincji Pijarskiej, w którym dokumenty te składają się od 2004 roku na tekę oznaczoną jako Acta domus Podolinensis. Część archiwaliów, w tym muzykalia, trafiła do pijarskiego klasztoru w Świętym Jurze (Słowacja), a stamtąd ostatecznie, po II wojnie światowej, do Modrej – oddziału Państwowego Archiwum Powiatowego w Bratysławie; pozostałe znalazły się po kolejnych wędrówkach w Państwowym Archiwum w Lewoczy, w Państwowym Archiwum w Nitrze, w Archiwum Literackim i Naukowym Słowackiej Biblioteki Narodowej w Martinie oraz w Bibliotece Uniwersyteckiej w Bratysławie. Nieliczne dokumenty trafiły wreszcie do archiwum pijarów w Krakowie.

Szkoła posiadała bogatą bibliotekę w kształcie rotundy – zajmowała ona pomieszczenia w południowo-wschodniej wieży konwentu. Podstawę książnicy stworzył Stanisław Lubomirski – i choć jej część prawdopodobnie padła w 1684 roku pastwą pożaru, niemniej jej zbiór pod koniec XVII wieku liczył ok. 1600 pozycji. Gromadziła ona dzieła pochodzące jeszcze sprzed daty powstania kolegium, więc inkunabuły z trzech ostatnich dziesięcioleci XV stulecia (pojedyncze egzemplarze) oraz edycje XVI- i XVII-wieczne sprzed 1642 roku. Często były to wydane na terenie Rzeczypospolitej cymelia drukarstwa – tak w języku łacińskim, jak i polskim, m.in. pijarskie wydawnictwa warszawskie (1686, 1687, 1695, 1721, 1727, 1793), jezuickie edycje z Kalisza (1681, 1695, 1697), Krakowa (1679), Poznania (1692, 1720) i Wilna (1676, 1720), wydania krakowskie Franciszka Cezarego (1626, 1697, 1701, 1718), drukarni Andrzej Piotrkowczyka (1607, 1637), drukarni Krzysztofa Schedla (1648), drukarni dziedziców Stanisława Lenczowskiego (1661), drukarni Seminarium Biskupiego (1767) i tamtejszej drukarni akademickiej (1738), wreszcie lwowskie – drukarni Jana Filipowicza (1758) czy gdańskie – tłoczone u Andrzeja Hunefelda (1632). Należy też zwrócić uwagę na oficyny wydawnicze z innych naszych miast, więc Chełmna, Częstochowy, Lublina, Oliwy, Sandomierza czy Torunia. Licznie przedstawiają się też wydawnictwa zagraniczne, reprezentujące praktycznie wszystkie znaczące wówczas w edytorstwie miasta europejskie, zwłaszcza włoskie i niemieckie. Ze względu natomiast na „madziarski” okres w historii szkoły można przywołać tu oficyny węgierskie, jak np. Tumlera Iósefa Iánosa Betuivela z Besztertze-Banyán (Bańska-Bystrzyca) czy edycje drukarni Michaela Podhoránszky’ego z Lewoczy. Najliczniejsze ze zgromadzonych w bibliotece książek prezentowały język łaciński, niemniej wiele z nich, zwłaszcza tych z XVIII-wieczną datacją, wydano po polsku. Częste były też edycje w językach niemieckim, włoskim, francuskim, także węgierskim, rzadsze w holenderskim i hiszpańskim, wreszcie słowackim, czeskim, angielskim lub nawet hebrajskim.

Księgi z podolinieckiej biblioteki przedstawiają całą ówcześnie edytowaną tematykę zarówno religijną, więc Biblie, dzieła teologiczne, kancjonały, kazania, psałterze i różnorodne księgi liturgiczne, jak i świecką, bo napotkamy tam pozycje poświęcone arytmetyce, astronomii, botanice, geografii, gramatyce, heraldyce, historii, literaturze, medycynie, meteorologii, wydania panegiryków i poezji, także edycje słownikowe. Nie są też rzadkością wydania autorów antycznych, jak Arystotelesa, Cycerona, Homera, Owidiusza, Tacyta. Wyjątkowymi pozycjami zachowanymi w podolinieckim księgozbiorze są nieliczne unikatowe pozycje sporządzone w manuskrypcie (m.in. teksty inscenizacji teatralnych), niekiedy zaopatrzone w barwne ilustracje, pochodzące z XVII, XVIII i XIX w.

Z dawnej książnicy kolegium w Podolińcu (klasztor pijarów w Nitrze, Słowacja)

Zasoby biblioteki były regularnie uzupełniane, także przybywający do Podolińca pochodzący z zamożniejszych rodzin nowicjusze oraz wykładowcy przywozili ze sobą choćby po kilka książek, którymi wzbogacali szkolną bibliotekę. Należy też wspomnieć, że po kasacie zakonu jezuitów w 1773 roku wiele księgozbiorów pochodzących z ich kolegiów na terenie Rzeczypospolitej zostało przejętych m.in. przez warszawski dom pijarów, który w ten sposób pozyskanymi księgami zasilił podoliniecką bibliotekę. Okazały tedy tamtejszy księgozbiór zwracał uwagę odwiedzających to miasto, dowodem na to są zapiski z roku 1854 Ludwika Zejsznera, przybyłego w celach naukowych na Spisz geologa, geografa, kartografa i krajoznawcy. Ten rozrastający się przez cały czas działania szkoły księgozbiór liczył w roku 1918 ok. 10 tys. woluminów.

Po ustaniu działań wojennych, już w wolnej Czechosłowacji, praktycznie nieuszczuplony podoliniecki księgozbiór ulokowano w Bibliotece Uniwersyteckiej w Bratysławie, skąd w 1975 roku został przewieziony do gmachu Maticy Slovenskiej w Martinie, tam też sporządzono jego dokładny katalog. Następnie zaś – w 1997 roku – biblioteka ta trafiła do klasztoru pijarów w Nitrze, gdzie znajduje się do dziś jako wydzielony zespół historycznej książnicy pijarów na Słowacji. Liczy on nieco ponad 9000 pozycji, w tym ok. 1200 w języku polskim. Tylko znikomą ich liczbę pochodzących z pijarskiej biblioteki w Podolińcu odnaleźć można w innych miejscach – np. w Muzeum Lubowelskim w Starej Lubowli (nieliczne książki otrzymało ono w 2003 roku w darze od pijarów z Nitry), a pojedyncze egzemplarze również na terenie Polski – jak choćby w Sądeckiej Bibliotece Publicznej w Nowym Sączu. W każdym przypadku podoliniecką proweniencję starodruków czy manuskryptów poświadcza znajdująca się na tytułowej stronie dzieła odręczna, wykonana atramentem inskrypcja: Bibliotheca Domûs Podolinensis Scholarum Piarum, Ex Libris Scholar. Piarum Domûs Podolinensis, Conventûs Podolinensis, czy Archivi Podolinensis Scholarum Piarum. Towarzyszy jej niekiedy ręcznie dopisana data sprowadzenia dzieła do Podolińca.

Interesująco przedstawiał się używany przez wykładowców podczas zajęć zbiór pomocy dydaktycznych. Dużą wagę do kompletowania ich, przede wszystkim do matematyki, fizyki i astronomii, przywiązywał Wacław Opatowski (1628–1680), drugi z kolei rektor uczelni. W niedługim czasie swego istnienia dysponowała szkoła znacznym zasobem map i obrazów, globusami, przyborami geometrycznymi i instrumentami pomiarowymi, także kilkoma lunetami do obserwacji astronomicznych. Zbiory używane do nauczania historii naturalnej obejmowały kolekcję minerałów, ziół, owadów, nawet wypchanych zwierząt. Były przez dziesięciolecia wzbogacane, tak, że w końcowym okresie istnienia uczelni tworzyły imponujący zasób. Podolinieccy pijarzy dysponowali też dwoma ogrodami położonymi w pobliżu klasztornego gmachu – otrzymywane w nich zbiory owoców i plony warzyw stanowiły znaczące wsparcie dla klasztornej kuchni. Jeden z nich znajdował się wewnątrz jego murów, a w nim małe alpinarium, służące także jako dydaktyczna pomoc podczas zajęć objętych programem nauczania kolegium.

Wsparciem finansowym dla klasztoru były też opłaty uiszczane przez zamożniejszych scholarów za kwaterę w przyklasztornym konwikcie (bursie). Zyski dawała również sprzedaż przygotowywanych przez zakonników leków dostępnych w klasztornej aptece, a także piwa wytwarzanego przez nich we własnym browarze. Ponadto dodatkowe dochody przynosiła zorganizowana przy konwencie działalność wytwórcza w zakresie obróbki kamienia, metalu i drewna. Podolinieccy pijarzy byli też w dużej część samowystarczalni, jeśli chodzi o wykonywanie na własne potrzeby prac rzemieślniczych z różnych dziedzin.

Pijarski zespół klasztorny w Podolińcu nie był wolny od klęsk, nierzadkich zresztą w tamtych czasach. Były to m.in. powodzie, które zagrażały jemu ze względu na położenie na niskim brzegu i to w bliskości Popradu – jego występujące z brzegów wody, np. w latach 1662, 1682 czy 1813, zalewały otaczający klasztor teren, a nawet i same budynki. Zdarzały się też i pożogi czyniące poważne zniszczenia, jak np. ta w 1669 roku, a zwłaszcza w 1684, kiedy płomieniom uległy kościół i kolegium. Dopełnieniem zaś nieszczęść bywały zarazy ogarniające całe miasto, więc także i konwent – a to w latach 1645, 1664, 1710, 1831 czy 1847.

W klasztornych korytarzach i refektarzu, którego plafon ozdobiono malowidłami al fresco o motywach biblijnych, umieszczono galerię malarskich portretów niektórych papieży i podolinieckich pijarów. Wiadomo, że w refektarzu był wyeksponowany portret założyciela kongregacji pijarskiej św. Józefa Kalasancjusza; konterfekt ten przetrwał bez najmniejszej oznaki uszkodzenia groźny pożar klasztoru w 1684 roku, co poświadczył ks. Idzi Madeyski zapisem z roku 1744.

Wiadomo też o znajdujących się w klasztornej kolekcji konterfektach polskich królów – odwiedzający tamtejsze mury w 1856 roku Teodor Tripplin (1812–1881), doktor medycyny, podróżnik, polski pisarz, powstaniec 1831 roku, napotkał jeszcze w refektarzu portrety sześciu polskich władców: Stefana Batorego, Zygmunta III, Władysława IV, Jana Kazimierza, Michała Korybuta i Jana III oraz kilku swoich przodków – Lubomirskich: fundatora klasztoru Stanisława, jego wnuka Stanisława Herakliusza i prawnuka Teodora Konstantego. Niestety, gdy po trzydziestu jeden latach odwiedzał Podoliniec Walery Eljasz, nie odnalazł już portretów królów, a jedynie znajdujące się w klasztornych korytarzach obrazy ze scenami z żywota św. Józefa Kalasancjusza oraz nieliczne wizerunki związanych z Podolińcem duchownych: reformatora szkolnictwa ks. Stanisława Konarskiego, sufragana kijowskiego Józefa Kalasancjusza Olendzkiego – niegdysiejszego podolinieckiego nowicjusza, Kazimierza Bogatki – pierwszego polskiego pijara, Glyceriusa – także pijara Wacława Opatowskiego oraz kilku innych księży. Jedynie oglądany wtenczas przez Eliasza portret profesora teologii o. Damianusa (zmarłego w Podolińcu w 1729 roku) zachował się – obecnie można go oglądać w bocznej (prawej) kaplicy popijarskiego kościoła. Innych cennych, pochodzących z tej galerii obiektów należy poszukiwać poza Podolińcem – i tak np. portret Stanisława Lubomirskiego (ten z klasztornego refektarza) znajduje się w stałej ekspozycji zamku w Bratysławie, obraz Obiad św. Józefa Kalasancjusza – w klasztorze w Trenczynie, zaś znane przedstawienie tego świętego w nimbie cudownego ocalenia podczas pożogi klasztoru w Podolińcu (w 1684 roku) – w klasztorze pijarów w Budapeszcie. Ponadto także w Muzeum w Starej Lubowli znajdują się pochodzące z podolinieckiej galerii osiemnastowieczne portrety znamienitych pijarów: prepozyta generalnego zakonu o. Ioannesa Felixa Arduiniego, jego prokuratorów generalnych o. Bernardinusa Panicoliego i o. Augustinusa Passantiego, rektora kolegium i przeora o. Stanisława Kalinowskiego, przeora Ambrosiusa Wąsowicza oraz nieznanego duchownego kardynała, a także portrety Stanisława, Jerzego Sebastiana i Stanisława Herakliusza Lubomirskich – starostów spiskich. Kolejnym miejscem, w którym znalazł się ważny zespół malarski o podolinieckiej proweniencji jest Kolegium Pijarów w Prewidzy – do naszych czasów dotrwało tam jedenaście olejnych malowideł na płótnie w charakterystycznych półkolistych ramach11 z liczącego dwadzieścia cztery obrazy cyklu przedstawiającego sceny z żywota św. Józefa Kalasancjusza.

Zachowały się natomiast w podolinieckich murach fragmenty dawnych malowideł naściennych – w wielu miejscach klasztornych korytarzy oraz wspomniane wyżej freski na suficie w refektarzu, odsłonięte w ostatnich latach spod późniejszych nawarstwień malarskich. Także w przedsionku klasztoru odnajdujemy podobną bogatą malarską dekorację, m.in. przedstawiającą sceny z życia św. Józefa Kalasancjusza, polskiego orła z herbem Wazów oraz herb Lubomirskich – Szreniawę bez Krzyża. Na sklepieniu zaś dostrzeżemy znak pijarów – na polu objętym gorejącą aureolą charakterystyczny monogram „MA” (Maria) z umieszczoną nad nim koroną z krzyżem, a pod nim – litery greckie „MP ΘY”. Znak ten można także napotkać na portretach podolinieckich pijarów. W jednym zaś z poklasztornych pomieszczeń znajduje się osiemnastowieczne olejne malowidło na płótnie we wspomnianej charakterystycznej półkolistej ramie, przedstawiające scenę z życia monastycznego pijarów, a pochodzące z dawnej ich podolinieckiej kolekcji.

Kolegium w Podolińcu było też znane z bogatej aktywności muzycznej i teatralnej. Liczne zachowane muzykalia12 – głównie zapisy nutowe – pochodzące z dawnego kolegium oo. pijarów w Podolińcu pozwalają przybliżyć obraz oraz przywołać szczegóły życia muzycznego panującego tam na przestrzeni wielu dziesięcioleci. Zagadnienie to szczegółowo przedstawia w swych opracowaniach Dariusz Smolarek13. Klimat wysokiej kultury muzycznej towarzyszył szkole z chwilą jej powstania, bowiem fundator kolegium, Stanisław Lubomirski, miał na swym dworze jedną z najlepszych ówczesnych kapel muzycznych. Zakonnicy przybywający do podolinieckiego konwentu najczęściej z domów na Morawach stanowili w nim także kadrę edukacyjną w zakresie muzyki, która była tam nauczana od początku jego istnienia. Piastowali oni takie funkcje, jak director chori, praefectus musices, praefectus chori, procurator musicae, promotor musicae, byli też nie tylko autorami tworzonych i zapisywanych na miejscu kompozycji, ale i kopistami nut udostępnianych drogą wymiany z repertuarów innych zakonów z terenu Śląska, Czech, Moraw, a nawet Włoch. W ten sposób podoliniecki zasób zapisów nutowych szybko się rozrastał, osiągając liczbę co najmniej 1900 kompozycji. W archiwalnych zbiorach muzykaliów przeważają utwory osiemnastowieczne, wcześniejszych, siedemnastowiecznych, zachowało się jedynie kilkanaście, zaś znajdujące się na wielu z nich ekslibrisy i pieczęcie z polskim nazewnictwem, sygnatury zakonników czy znaki skryptorów dowodzą niezbicie jej pierwotnej, podolinieckiej proweniencji.

W Podolińcu dominowała muzyka kościelna, śpiewy i wykonania wokalno-instrumentalne lub wyłącznie instrumentalne, więc antyfony maryjne, arie, koncerty, litanie, msze, nieszpory, oficja brewiarzowe, psalmy, sonaty czy symfonie, zaś prócz muzyki o charakterze liturgicznymi sensu stricto występowała ona także w kontekście paraliturgicznym, więc w formie modlitw albo poezji dewocyjnej.

Nie tylko jednak musica sacra rozbrzmiewała w tamtejszych murach, pojawiała się również musica profana, a to na powitanie przybywających tam znamienitych gości lub dla rekreacji, wykonywana, jak poprzednia przez miejscowych muzyków i pod batutą tamtejszych dyrygentów. Zespoły wykonawców miały zwykle cztery głosy wokalne oraz charakterystyczne dla barokowej muzyki tzw. kirchentrio, więc dwoje skrzypiec oraz basso continuo – bas generalny wytwarzany zwykle przez organy. Pojawiały się tu niekiedy dwa lub cztery instrumenty dęte – pary rogów, trąbek, fletów, rzadziej obojów. Należy tu wymienić choćby kilku polskich kompozytorów działających w Podolińcu w XVII stuleciu, a będą to: Franciszek Cesare z Krakowa, Marcin Mielczewski z Warszawy, Bartłomiej Pękiel z Krakowa, Andrzej Rohaczewski z Ołyki i Nieświeża, Jan Stachowicz z Sokołowa (diecezja małopolska) czy Maciej Hiacynt Wronowicz z Włocławka – jak widać, przybywali oni na Spisz z wielu stron Rzeczypospolitej. Inni wówczas, ale też i w następnym stuleciu, docierali tam ze znacznie odleglejszych miejsc – Wrocławia, Wiednia, a nawet Mediolanu. Z polskich kompozytorów tworzących w XVIII wieku w Podolińcu można wymienić takich jak Petrus Kaliszewski, Wojciech Pankiewicz, Josef Weber, wreszcie Albert Wisner.

Ważnym i interesującym przejawem aktywności kulturalnej kolegium w Podolińcu jest składające się na artystyczny klimat uczelni, podobnie jak jej życie muzyczne, także aktywność teatralna. Podolinieccy pijarzy, za przykładem znajdujących się w innych krajach podobnych placówek szkolnych, organizowali spektakle teatralne – były one przeznaczone dla tamtejszych uczniów, którzy także byli ich aktorami. Odbywały się tam w oprawie muzycznej misteria pasyjne (gdzie aktor wcielał się w postacie biblijne); inscenizacje prezentowane były wpierw po łacinie, zaś w następnym XVIII stuleciu już w języku polskim. Pierwsze przedstawienie odbyło się w roku 1668, kiedy to 22 października zaprezentowano inscenizację na cześć dobrodzieja szkoły starosty spiskiego Stanisława Herakliusza Lubomirskiego i jego żony Zofii z Opalińskich. Spektakl został przygotowany przez Jana Baptystę Hanáka – ojca Franciszka od św. Wacława. Wystawiano też tragedię Daniel autorstwa Nicola Avanciniego (1612–1686), włoskiego jezuity. Wydanie utworu w rękopisie w języku polskim nastąpiło w roku 1766 lub wcześniej, zaś autorem przekładu był polski, najprawdopodobniej podoliniecki pijar. Powyższe świadczy, że zapisy tekstów sztuk teatralnych, których autorami byli jezuici, docierały do teatrów szkolnych w kolegiach prowadzonych także przez pijarów. Można wreszcie przypomnieć, że tragedia Daniel była wystawiana przez przywołany w pierwszym rozdziale teatr szkolny kolegium jezuickiego w Krożach. Jej inscenizacja w Podolińcu jest więc dowodem istnienia w tamtych czasach szerokich i żywych kontaktów pomiędzy kolegiami prowadzonymi przez różne domy zakonne na terenie ówczesnej Rzeczypospolitej.

W Podolińcu działali nie tylko tłumacze dzieł obcych autorów, które mogły być tam wystawiane – ich przedstawicielem w drugiej połowie XVIII stulecia był ksiądz Piotr Krasuski, ale też autorzy oryginalnych polskich utworów dramatycznych. Takim właśnie był ksiądz Antoni Wiśniewski, były uczeń tej szkoły, autor Peryklesa, tragedii polskiej, który to utwór napisał w roku 1746 za inspiracją Stanisława Konarskiego. Można tu wymienić i innych absolwentów podolinieckiej uczelni, którzy byli tłumaczami i autorami utworów dramatycznych przeznaczonych dla przedstawień teatralnych, a to Reginalda Bienkiewicza, wspomnianego wyżej poetę Franciszka Ksawerego Dmochowskiego czy Augustyna Ostrowskiego.

Stanisław Lubomirski nie skąpił grosza dla konwentu i kolegium, bowiem prócz uprzednio przywołanego regularnego rocznego wsparcia finansowego przekazywanego na utrzymanie konwentu przeznaczał dodatkowo rocznie 800 złotych polskich na posiłki dla uczniów w szkolnej stołówce, by ubożsi z nich, mieszkający na stancjach u mieszczan, nie musieli dawnym zwyczajem prosić o jałmużnę. Wsparcie takie okazywał również syn Stanisława Lubomirskiego – Jerzy Sebastian, przeznaczający kwartalnie dla klasztoru 810 florenów, a następnie syn tego ostatniego – Stanisław Herakliusz. Oddał on w 1674 roku podolinieckim pijarom pod zarząd – w zamian za zasługi misjonarskie w rekatolizacji Spiszu – parafię w Białej Spiskiej, by osiągane z niej intraty stanowiły dla nich dodatkowe wsparcie materialne (pijarzy zarządzali nią jako proboszczowie do 1852 roku)14. Nadanie to zostało potwierdzone przez Stanisława Herakliusza wymienionym wyżej stosownym dyplomem. Niemniej ze względu na fakt, że władcą zwierzchnim nad będącymi w polskiej administracji miastami spiskimi, w tym i nad Białą Spiską, był nadal król Węgier, pijarzy musieli otrzymać także od panującego wtedy Leopolda I potwierdzenie nadania, co potwierdza jego dyplom z roku 1675. Kolejne wreszcie potwierdzenie tego nadania wyraża dyplom króla polskiego Jana III z 1683 – pamiętnego roku odsieczy wiedeńskiej.

Inni możni również okazywali hojność, jak np. węgierska hrabina Keglévich, która po pożarze klasztornych budynków przeznaczała rocznie pijarom kwotę 100 forintów wraz z dochodem z… sześciu beczek wina. Dotacje na rzecz klasztoru czynili też i inni – np. zamożniejsi rodzice uczniów, przybywający nowicjusze, byli studenci kolegium czy przebywający tam okazjonalni goście, nawet zagraniczni, rewanżujący się materialnie za udzielone schronienie w bardziej niebezpiecznych w ich ojczyźnie czasach. Podolinieccy żacy cieszyli się też podobno, jak głosi przekaz, sympatią zbójników, którzy grasując na podtatrzańskich gościńcach nie tylko nie krzywdzili wędrujących studentów, ale jeszcze hojnie obdarowywali ich groszem na drogę.

Epoka oświecenia przyniosła prądy i stworzyła klimat, które przyczyniły się do dalszego rozwoju pijarskich szkół i umacniania się ich pozycji jako elitarnych dydaktyczno-wychowawczych zakładów. Pozytywnym przeobrażeniom ulegał system organizacji szkolnictwa Rzeczypospolitej, jak i program nauczania szkół różnych szczebli. Wprowadzenie nauczania w języku ojczystym, miast jak dotychczas po łacinie, wychodziło naprzeciw pijarskim postulatom, którzy posiadali wtedy w ok. 50 miejscowościach obu prowincji kraju (koronnej i litewskiej) swe szkoły – co należy podkreślić – z bezpłatnym nauczaniem.

Przez podoliniecką uczelnię na przestrzeni bez mała dwóch stuleci przewinęło się ok. trzydziestu tysięcy studentów(!) – jak na tamte czasy, gdy odsetek kształcących się na poziomie średnim nie był zbyt wysoki, liczba to ogromna. Opuściło ją wielu doskonale wykształconych Polaków, tak świeckich, jak i duchownych. Obejmowali oni następnie ważne stanowiska w administracji, szkolnictwie czy instytucjach kościelnych, przyczyniając się walnie do reformowania kraju w przełomowych, niosących nowe wyzwania, ale też i coraz silniej odczuwalne zagrożenia, czasach. Absolwenci innych narodowości po opuszczeniu Podolińca wracali do swych krajów, by tam swą pracą i postawą dawać świadectwo wysokiego poziomu szkoły; bywało jednak, że zostawali w Rzeczypospolitej – służąc nowej ojczyźnie wiedzą, rzetelną pracą i obywatelską lojalnością.

Do wybitnych, związanych z Podolińcem, postaci – by wymienić tych najbardziej znanych – należy wspomniany już pijar Stanisław (właściwe imię Hieronim) Konarski (1700–1773), prekursor polskiego oświecenia i reformator szkolnictwa, poeta, publicysta i dramaturg – w latach 1715–1717 kandydat w tamtejszym nowicjacie, a następnie po jego ukończeniu do 1722 roku wykładowca syntaksy, poetyki, filozofii i retoryki, wreszcie późniejszy założyciel Collegium Nobilium w Warszawie. Kolejnymi wielkimi postaciami podolinieckiej szkoły byli pijar Franciszek Ksawery Dmochowski (1762–1808), w 1718 roku w podolinieckim nowicjacie, nauczyciel, poeta, krytyk, historyk i tłumacz Homera (pełny przekład Iliady i fragmentów Odysei), Wergiliusza i Horacego, współpracownik w dziedzinie publicystyki Kuźnicy Kołłątajowskiej i współzałożyciel Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie, oraz pijar Franciszek Siarczyński (1758–1829), historyk, poeta, tłumacz, edytor, pierwszy dyrektor Księgozbioru Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie (przywiezionego tam z Wiednia w 1827 roku). Inni znani wychowankowie tej uczelni to Stanisław Małachowski (1736–1809) – starosta sądecki i marszałek Sejmu Wielkiego, ks. Stanisław Papczyński (1631–1701) – kapelan króla Jana III oraz ks. Idzi Madeyski (1691–1746), autor Historii życia Józefa Kalasancjusza.

Wspomnieć też należy o znanych Słowakach będących absolwentami podolinieckiej szkoły. Jednym z nich jest Jozef Pantaleón Roškovský (1734–1789), kompozytor kościelnej muzyki barokowej, organista, autor śpiewników, kolejnym także pijar Jozef Karol Pertes (1781–1822), poeta i wybitny pedagog.

Fragment mapy Starostwa Spiskiego Franciszka Czakiego (1762)

Przełomową i tragiczną zarazem dla szkoły datą jest rok 1769, kiedy to trzy lata przed pierwszym rozbiorem Polski Józef II Habsburg, współrządzący państwem najstarszy syn cesarzowej austriackiej Marii Teresy, doprowadził (zresztą wbrew woli matki) do zbrojnego zajęcia starostwa spiskiego, a w rok później – nowotarskiego, czorsztyńskiego i sądeckiego. Okupacja tych czterech polskich starostw przez Austrię trwała do 1772 roku – daty I rozbioru Rzeczypospolitej, kiedy to trzynaście miast polskiego Spiszu zostało wcielonych do komitatu (odpowiednik polskiego województwa) spiskiego Królestwa Węgier (istniejącego nominalnie, bo faktycznie było częścią państwa Habsburgów), pozostałe natomiast trzy starostwa weszły w skład Galicji15.

Podoliniec natomiast, i pozostałe dwa miasta dawnego okręgu lubowelskiego – Lubowla i Gniazda, po krótkim okresie zawieszenia ich statusu, zostały w 1778 roku dołączone do wspomnianych trzynastu miast, natomiast ostatecznie wcielone do tego komitatu dopiero w 1827 roku, niemniej jego pijarska uczelnia znajdowała się już od roku 1769 na terytorium obcego państwa. Stan ten oznaczał definitywnie, początkowo formalnie, ale niebawem i faktycznie, kres więzi kolegium z Rzecząpospolitą – jej administracyjnym zwierzchnictwem, systemem szkolnym i na wskroś polskim klimatem kulturowym, utrwalonym przez dotychczasowe programy nauczania (opierające się na wskazaniach Komisji Edukacji Narodowej), polski język wykładowy, przeważającą polską kadrę nauczycielską, zalecane i stosowane przez nią podręczniki, wreszcie także skład uczniowski, w którym dominowali Polacy. Dla zaborcy było oczywiste także i to, że władający kolegium pijarzy podlegający polskiej prowincji nie będą skutecznymi realizatorami polityki oświatowej, mającej służyć innym niż dotychczas interesom państwowym, bo służebnym w tym wypadku wobec wymagań i oczekiwań zaborczej monarchii. W zaistniałej sytuacji, w porównaniu ze stanem sprzed 1769 roku, mniej uczniów napływało już do niego z terenów Rzeczypospolitej, przyjazdy ich do Podolińca były zresztą dodatkowo utrudnione przekraczaniem dwóch granic – pierwsza dzieliła ziemie polskie od austriackiej Galicji, druga zaś – Galicję od węgierskiego Spiszu. Dom pijarski w Podolińcu był podporządkowany polskiej prowincji jedynie do roku 1782, pięć lat później podlegał już diecezji spiskiej. Obowiązywało zresztą w nim już wcześniej prawo węgierskie.

Kolegium zaczęło więc tracić charakter polskiej uczelni – zaborca zastąpił bowiem polski język wykładowy niemieckim, ponadto regulamin szkolny i zasady nauczania zostały zmienione w myśl przeprowadzonej w 1777 roku, za panowania Marii Teresy, reformy oświaty – Ratio Educationis16, której przepisy obowiązywały w Królestwie Węgier i jego prowincjach. W ich następstwie wprowadzono zmiany programowe, w 1780 roku istniejąca tam szkoła średnia została przekształcona w gimnazjum, z którego usunięto polską kadrę, wprowadzając na jej miejsce nauczycieli – Niemców, i tym samym niemiecki język wykładowy. Polskim pijarom pozostawiono zajęcia wykładowe przeznaczone dla duchownych, m.in. w nowicjacie. Obawa przed zlikwidowaniem klasztoru na fali kasat józefińskich, a tym samym i szkoły, została zażegnana przejęciem domu pijarów w Podolińcu przez ich prowincję węgierską (we wspomnianym wyżej 1782 roku) – tak więc z tą datą dawna polska pijarska uczelnia stała się szkołą węgierską. Po ośmiu latach poniechano nauczania w języku niemieckim, zastępując go nadal powszechną w krajach Korony św. Stefana łaciną. Królestwo Węgier, silnie zróżnicowane pod względem narodowościowym i religijnym, nie było jednakże państwem w pełni niezależnym, zaś ambicjom austriackim ujawniającym wobec niego zamiary germanizacyjne przeciwstawiała się tendencja węgierskich elit, by ukształtowanie się go w zwarty organizm zostało osiągnięte poprzez konsekwentną madziaryzację. Używany tam od stuleci język łaciński jako urzędowy oraz w ośrodkach miejskich niemiecki były zastępowane przez język narodowy, węgierski. Zamieszkujący północne ziemie ówczesnych Węgier (więc także i Spisz) Słowacy i Niemcy przeciwstawiali się naciskom madziaryzacyjnym. Niestety głosu nadal licznej polskiej społeczności Spiszu nie miał kto wysłuchać, urzędowo bowiem nie zauważano jej i podczas przeprowadzanych spisów zaliczano do Słowaków, zacierając także i w ten sposób dawne kilkusetletnie związki tej ziemi z nieistniejącą już Rzecząpospolitą. Mimo to nadal występowała jeszcze przewaga uczniów polskich – na wszystkich 314 w roku 1815, było ich 232, w tym 178 z Galicji.

W podolinieckiej szkole nadal językiem wykładowym pozostawała łacina – plany zastąpienia jej węgierskim nie były realizowane z powodu braku znajomości tego języka przez kadrę nauczycielską, ale też i dlatego, że zniechęcałyby uczniów innych narodowości, w tym i przybywających z terenów polskich, do podejmowania nauki w trudnym dla nich do opanowania języku. Ci ostatni zwłaszcza, a licznymi wśród nich byli mieszkańcy Galicji, więc także i podhalańscy górale, cenili sobie tamtejsze wykształcenie, co zauważył w swych zapiskach z 1832 roku Seweryn Goszczyński (1801–1876):

Najupodobańsze im szkoły są księży Pijarów w (sic!) Podoleńcu na Spiżu. Tam powszechnie oddają swoje dzieci i stamtąd wielu wychodzi po zupełném ukończeniu szkół. Spotkasz nieraz gorala za pługiem albo bacą śród gór który słuchał filozofii, umie po łacinie, a dziś uprawia rolę albo dowodzi trzodami17.

Jednakże nawet wtenczas, gdy węgierski mocą dekretu z 1844 roku stał się obowiązkowym językiem wykładowym, w podolinieckiej szkole nauczanie po łacinie utrzymało się do 1849 roku. W tym też roku, w następstwie stłumienia Wiosny Ludów, władze austriackie w ramach reorganizacji szkolnictwa średniego zlikwidowały wiele lokalnych szkół, zwłaszcza tych znajdujących się w mniejszych miejscowościach. Taki los spotkał pijarskie gimnazjum w Podolińcu, którego zamknięcie zostało dopełnione odebraniem mu przez rząd węgierski probostwa w Białej Spiskiej, pozbawiającym tym samym zakonników dochodów.

Mimo likwidacji szkoły mogli jednak pijarzy zachować posiadanie budynku klasztornego wraz z wyposażeniem. Na skutek usilnych starań miejscowej ludności w 1866 roku przywrócono do życia szkołę w postaci niższego, czteroklasowego gimnazjum. Jego kadra nauczycielska nie była tak liczna jak niegdyś, także niezbyt wielu uczniów pobierało w nim naukę. Jeśli więc zważymy, że było ich, mimo stopniowego powiększania się szkoły w ostatnich dekadach XIX w., poniżej stu, zaś z chwilą objęcia kolegium przez Węgry w 1772 roku liczba studentów dochodziła do czterystu, uświadomimy sobie skalę degradacji tej świetnej niegdyś uczelni.

Mimo to jeszcze w drugiej połowie XIX wieku Polacy, najczęściej pochodzący z dawnego polskiego Spiszu, byli znaczącą grupą wśród wyraźnie zmniejszającej się liczby podolinieckich uczniów, np. w roku 1882 wśród 40 stanowili połowę. W szkole panował wszechwładnie język węgierski, w nim też sporządzano szkolne dokumenty, dlatego też nazwiska uczniów były zapisywane w węgierskiej ortografii, acz zgodnie z fonetyką słowacką – przykładem niech będzie nazwisko „Czarnogórski” zapisane jako „Csarnogurszky”). Coraz mniej Polaków przybywało do podolinieckiej szkoły z Galicji, a jeśli tak, to jedynie z nieodległych jej stron: sądecczyzny, nowotarszczyzny i dalszego Podhala, jak Józef Stolarczyk (1816–1893), pochodzący z Wysokiej pod Jordanowem przyszły pierwszy proboszcz zakopiańskiej parafii. Słuchaczem w Podolińcu był również pochodzący z Nowego Sącza ks. Józef Leopold Kmietowicz (1819–1859) – jeden z przywódców chochołowskiego poruseństwa (powstania) w 1846 roku.

 

Portret księdza Józefa Stolarczyka (mal. Czesław Skawiński, ol. pł., 1968 - kancelaria parafii p.w. Świętej Rodziny, Zakopane)

Sława podolinieckiej uczelni nieubłaganie gasła. Dawna bogata szkolna podoliniecka biblioteka przestała faktycznie istnieć z powodu przekazania księgozbiorów do innych pijarskich szkół na terenie Węgier. Niszczało także archiwum, będące cenną kroniką uczelni oraz pozbawione praktycznie opiekunów dawne wyposażenie. Znacznego uszczerbku doznała też tamtejsza galeria malarstwa, z której zachowały się jedynie wizerunki niektórych znaczniejszych pijarów. Smutne spostrzeżenia zawarł Roman Pollak w opisie swej wizyty z harcerzami w Podolińcu w lipcu 1914 roku:

W kolegium i spiskich kościołach umilkła mowa polska. A dziś? Gmach kolegium dotąd stoi, na korytarzach portrety zasłużonych Polsce Pijarów, a między nimi i Konarski jakiemiś surowemi patrzy oczyma18.

Ta z ducha węgierska szkoła trwała do 1919 roku – 20 kwietnia wystawiono ostatnie jej świadectwo szkolne. Powyższa data kończy tedy ponad dwustupięćdziesięcioletni okres działalności pijarskiej podolinieckiej uczelni.

Po zakończeniu I wojny światowej, mimo podejmowanych przez Polskę w latach 1918–1920 zabiegów o przywrócenie jej władania na obszarze dawnego polskiego Spiszu, znalazł się on ostatecznie w granicach nowopowstałej Czechosłowacji. Wtedy też dopełniło się zniszczenie pozostałości po dawnym pijarskim kolegium. Pijarzy zostali zmuszeni do opuszczenia Podolińca, zaś budynek klasztorny zajęło wojsko czeskie, które przebywało w nim od jesieni 1918 do wiosny 1920 roku. Pozostawione przez odchodzących dawnych właścicieli wyposażenie zostało niebawem, bo w 1922 roku, częściowo sprzedane lub wywiezione do innych słowackich miast – Bratysławy i Św. Jura, a nawet za granicę, do Budapesztu. Félix Szepésy, rektor podolinieckiego domu pijarów i ostatni strażnik pozostawionego tam przez nich mienia z żalem wtedy napisał w historii pijarskiego domu: „Teraz to musimy porzucić stare gniazdo, kolebkę naszego rodu”19.

Po opuszczeniu przez wojsko, popijarski zespół w Podolińcu przejęli redemptoryści, przebywali w nim w latach 1922–1927, a następnie (drogą zakupu od pijarów w 1941 roku za 170 tysięcy koron) stali się jego właścicielami. Po II wojnie światowej komunistyczne władze czechosłowackie urządziły tam (w latach 1950–51) obóz koncentracyjny, w którym więziono 553 zakonników zwiezionych z terenu Słowacji. W następnych latach (1956–1961) znalazł tam siedzibę zakład charytatywny, a dwa lata później także i internat szkoły specjalnej. Po zmianach ustrojowych w 1989 roku powrócili do podolinieckiego klasztoru jego prawowici właściciele – redemptoryści, którzy odremontowali kościół i część zajmowanego na swe potrzeby popijarskiego konwentu. W pozostałych jego skrzydłach znalazły miejsce instytucje społeczne: prowadzona od 1991 roku przez redemptorystów specjalna szkoła zawodowa z internatem i dom dziecka – obie placówki imienia św. Klementa Hofbauera – oraz Centrum Wolnego Czasu ojca Augustína Krajčíka.

Nawa kościoła popijarskiego w Podolińcu 

W dzisiejszym Podolińcu, mimo nieprzychylnego losu, który stał się udziałem całego miasteczka, ale przede wszystkim dawnego pijarskiego klasztoru i kolegium, napotkamy mimo wszystko wiele śladów poprzedniej świetności. Zachował się dawny, średniowieczny układ urbanistyczny miasta z rynkiem okolonym malowniczą zabytkową mieszczańską zabudową, która wraz z dominującymi w architektonicznym krajobrazie Podolińca kościołami, popijarskim i farnym, niesie klimat minionych epok – gotyku, renesansu i baroku. Należy też wspomnieć o zachowanej do dziś na obrzeżach miasta, a pamiętającej średniowieczne czasy cmentarnej kaplicy św. Anny (dawnego kościółka), której zabytkowe wyposażenie można nadal podziwiać.

Nie dotrwał natomiast do dzisiejszych czasów podoliniecki zamek będący niegdyś siedzibą starostów z rodu Lubomirskich, którego zrujnowane mury rozebrano w połowie wieku XIX. Z niewielkiej ich części powstał w 1903 roku zupełnie odbiegający od jego dawnego wyglądu budynek ratusza, w którym obecnie mieści się urząd miejski. Tylko kamienna, wtopiona w jego fasadę tablica z herbem Lubomirskich – Szreniawą bez Krzyża – i łacińską inskrypcją poświęconą rozbudowie zamku przez starostę Sebastiana Lubomirskiego z końca XVI stulecia jest jedyną jego zachowaną do dziś pozostałością20. Oto jej tekst:

DOMVM HANC VETVSTATE DESTRVCTA ET RVI
NA MINANTE MAGNIFICVS DOMIN SEBASTIANVS
LVBOMIRSKI DE LVBOMIERS, CASTELLAN MALOGOSEN
SIS ZVPPARI, CRACOVIENSIS SANDECENSIS SCEPVSIENSIS
DOPCZICZINSIS ET CAPITANEVS DOMIN, ET HÆRES
IN WISZNICZ OPERA ET SVMPTV SVO RESTAVR
VIT ET EXORNAVIT ANNO MDXCIII

który można przetłumaczyć następująco:

DOM TEN STARY ZNISZCZENIEM I RUINĄ
ZAGROŻONY, WSPANIAŁY PAN SEBASTIAN
LUBOMIRSKI Z LUBOMIERZA, KASZTELAN MAŁOGOSKI,
ŻUPAN KRAKOWSKI, SĄDECKI, SPISKI,
DOPCZYCKI I STAROSTA, PAN SIEDZĄCY
NA WIŚNICZU, DZIAŁANIEM I KOSZTEM PONIESIONYM
OŻYWIŁ I OZDOBIŁ W ROKU 1593 [tłum. – J.S.]

Dziś już tylko resztki murów obronnych z basztami świadczą o dawnej pozycji miasta jako niegdysiejszego ufortyfikowanego ośrodka.

Znikła także etniczno-kulturowa różnorodność miasteczka, gdy potomkowie niemieckich kolonistów opuścili z końcem II wojny światowej Spisz, podobnie jak Madziarzy, którzy wyjechali do swej ojczyzny. Zatracił się wreszcie silny jeszcze na początku XX wieku, bo stanowiący ponad jedną trzecią liczby mieszkańców, żywioł polski, coraz skuteczniej ulegający słowakizacji.

Próżno też dziś szukać w popijarskich klasztornych murach dawnego bogatego wyposażenia kolegium. Uległo ono w najlepszym razie rozproszeniu, ale także niestety i w znacznej części rozgrabieniu oraz bezpowrotnemu zniszczeniu nie tylko w schyłkowym okresie działalności szkoły, ale przede wszystkim z chwilą jej likwidacji i wywózek popijarskiego mienia. Tak jak wyżej wspomniano, poszczególne obiekty czy większe zespoły księgozbiorów, archiwaliów czy malarstwa z podolinieckich zbiorów można napotkać dziś i na Słowacji, i na Węgrzech, a także i w Polsce. Tam to na stronach tytułowych odszukanych starodruków nierzadko odczytamy wyblakłą, często „rozlewającą się” w papierze odręczną, atramentową wzmiankę świadczącą o pochodzeniu ich z dawnego pijarskiego kolegium w Podolińcu – jest to nadal dotykalny, lecz z upływem lat coraz mniej wyraźny ślad istnienia sławnej tamtejszej uczelni.

Słów kilka na zakończenie

Powstanie uczelni w Podolińcu, jej funkcjonowanie i pozostawione przez nią dziedzictwo jest w całościowym ujęciu zjawiskiem wyjątkowym. Złożyło się na to kilka przyczyn. Uczelnia ta znajdowała się w państwie o wielkim obszarze, wielonarodowym i wielokulturowym – ówczesnej Rzeczypospolitej. Koegzystowały na niej różne narodowości (Polacy, Niemcy, Słowacy, Rusini – by wymienić najliczniejsze), a co za tym idzie i języki lokalne, ale też i różne religie (katolicyzm rytu łacińskiego i greckiego, protestantyzm). Ważne jest też i to, że czas powstawania uczelni poprzedzony był przyjęciem ustawy zwanej Konfederacją warszawską (rok 1573), dającej początek prawnie gwarantowanej tolerancji religijnej. Ponadto należy podkreślić, że Rzeczpospolita wraz z innymi państwami europejskimi tego czasu tworzyły od stuleci ówczesną unię europejską, która była faktycznie unią chrześcijańską, zespoloną ponadto jednym wspólnym językiem kultury wysokiej – łaciną. Powstanie tej prowadzonej przez pijarów szkoły było także efektem realizowanej wtenczas przez państwo polityki wyznaniowej; z jednej strony w duchu prawem zagwarantowanej tolerancji, z drugiej – w trudnym czasie umacniającej się kontrreformacji mającej skłonić zwolenników religijnych nowinek do odejścia od nich. Zwrócić też należy tu uwagę, że początkowy okres działalności uczelni w Podolińcu przypadał na epokę baroku, kolejne zaś dziesięciolecia – na epokę oświecenia, obie bogate w wyrazisty dorobek tak w sferze sztuki, jak i filozofii. Szkoła ta powstała w szczytowej fazie rozwoju kraju, kończyła zaś swój żywot wraz z jego upadkiem. Można być niemal pewnym, że gdyby nie zawieruchy dziejowe i przyniesione przez nie rozbiory kraju oraz destrukcyjne czasy, które zapanowały w ich następstwie na długie dziesięciolecia, to dziś prawie zupełnie zapomniane miasto bez wątpienia zachowałoby swój dawny status i cieszyłoby się prawdziwie europejskim prestiżem. A jego szkoła, znając jej trwającą przez dziesięciolecia, a nawet wieki, chlubną działalność i wybitne, promieniujące także poza granice ówczesnej Rzeczypospolitej osiągnięcia edukacyjne i kulturotwórcze, świeciłyby blaskiem niczym sławne uniwersytety w Cambridge i Oksford.

Do dziś zachowała się dawna siedziba uczelni w Podolińcu w prawie niezmienionej postaci zespołu kościelno-klasztornego, będącego nadal przykładem imponującego swym rozmachem barokowego założenia architektonicznego. Odwiedzenie jej, mimo że będzie to już tylko sentymentalna podróż w czasy nie tyle odległe, co bezpowrotnie zaprzeszłe, przywoła wyobrażenie dawnej świetności tego miejsca, będącego znaczącą dominantą w kulturowym krajobrazie rozległej i potężnej ówczesnej Rzeczypospolitej, a nawet i Europy.

Popijarski zespół kościelno-klasztorny w Podolińcu (obecnie należący do redemptorystów)

Wiele osób okazało mi bezinteresowną życzliwość i pomoc w dotarciu do historycznych materiałów, zaś gospodarze podolinieckiego klasztoru i kościoła umożliwili wykonanie w nich dokumentalnych zdjęć. Składam tedy im wszystkim najlepsze podziękowanie, a są to: w Słowacji, w Podolincu – brat Michal Zamkovský i jego konfratrzy redemptoryści zajmujący dawny popijarski zespół i ksiądz Ján Stašák, proboszcz parafii rzymskokatolickiej; w Prewidzy – ojciec Tomáš Hud’a, rektor Kolegium Pijarów; w Starej Lubowli – dr Dalibor Mikulík, dyrektor Muzeum Lubowelskiego oraz jego pracownicy: Panie Monika Pavelčikova i Františka Marcinová; zaś w Nitrze – ojcowie pijarzy: dr Juraj Gendiar, rektor Pijarskiego Gimnazjum, i dr František Čelovský; na Węgrzech, w Budapeszcie – dr Bálazs Károly, historyk, oraz dr Koltai András, archiwista Centralnego Archiwum Węgierskiej Prowincji Pijarskiej; w Polsce – Pani Agnieszka Szmerek z Archiwum Polskiej Prowincji Zakonu Pijarów oraz Pani Anna Studnicka, kierowniczka Sekcji Reprodukowania Zbiorów i Sprzedaży z Muzeum Narodowego; w Nowym Sączu – Pani Barbara Pawlik, dyrektor Sądeckiej Biblioteki Publicznej.


1 Dominium lubowelskie obejmowało trzy miasta: Lubowlę, Gniazda i Podoliniec, ponadto trzynaście zastawnych miast spiskich to: Biała Spiska, Lubica, Matejowce, Nowa Wieś Spiska, Poprad, Ruskinowce, Spiska Sobota, Spiskie Podgrodzie (bez spiskiego zamku), Spiskie Włochy, Straże, Twarożne, Wielka i Wierzbów oaz piętnaście wsi (wraz z przynależnymi im terenami).

2 Srebro to pochodziło z odszkodowań wypłaconych Polsce przez Krzyżaków po zawartym w następstwie klęski grunwaldzkiej pokoju toruńskim w 1411 roku. Zygmunt Luksemburski nie tylko potrzebował większej sumy na prowadzenie wojny z Wenecją, ale też pragnął jako stronnik Krzyżaków w jakimś sensie pozbawić Polskę ich walorów oddanych Jagielle. Akt zastawu, podpisany w Zagrzebiu (8 listopada 1412 roku), został zrealizowany na zamku w Niedzicy (zwanym zamkiem Dunajec); mimo wyraźnych zapisów umowy, a także definitywnego utracenia przez Polskę (po ponad trzystu latach) tych terenów, pożyczka ta nigdy nie została spłacona (w 1769 roku zajęła je Austria, w 1770 – weszły w skład Węgier; na przełomie lat 1918/1919 odradzająca się Polska próbowała odzyskać część terenów i kilka miast dawnego zastawu spiskiego, wśród nich znajdował się Podoliniec – planowany plebiscyt nie odbył się i w lipcu 1920 roku Rada Ambasadorów państw alianckich przyznała te tereny Czechosłowacji; obecnie, od 1993 roku, znajdują się one w granicach Słowacji).
3 Wybitny polski kartograf wywodzący się z węgierskiej szlacheckiej rodziny Csáky de Keresztseg. Wpierw był kapitanem artylerii saskiej, później koronnej, a następnie, od 1766 roku, nadwornym geografem i inżynierem króla Stanisława Augusta. Sporządzona przez niego mapa starostwa spiskiego została wydana w miedziorycie – oryginalny egzemplarz znajduje się w kolekcji dra Tomasza Niewodniczańskiego przechowywanej w bibliotece Zamku Królewskiego w Warszawie. Mapa Starostwa Spiskiego Franciszka Floriana Czakiego (1762), red. Z. Ładygin, „Zeszyty Tatrzańskie” 3, Zakopane 2013.
4 Józef Kalasancjusz został wyniesiony do chwały błogosławionych w 1748 roku, do katalogu świętych został wpisany dziewiętnaście lat później.
5 M. Gotkiewicz, Trzy wieki Kolegium Podolinieckiego (1642–1942), „Nasza Przeszłość”, t. XV, 1962.
6 Tamże.
7 Pierwsza prowadzona przez pijarów szkoła powstała w Warszawie w 1642 roku.
8 Centralne Archiwum Węgierskiej Prowincji Pijarskiej w Budapeszcie, teka Acta domus Podolinensis (dawny zespół Podolinum).
9 Tamże, Nomina discipulorum Podolinii Scholas Pias apud R. Patres Pauperes frequentantium, 1643-1670 (pudło 7, fond d4 pod, nr Lib. 23). Pijarzy. Piaristi. Pietas et Litterae, [katalog wystawy], red. M. Marcinowska, Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu (Polska), Muzeum Lubowelskie w Starej Lubowli (Słowacja), Nowy Sącz 2004, s. 35, Andres Koltai.
10 Tamże (kolejno: Diplomata fundationum nr 1, Diplomata fundationum nr 2, Diplomata fundationum nr 3, Diplomata fundationum nr 4).
11 Półkolisty kształt i rozmiar ram wynikał z konieczności dopasowania ich do kształtu miejsc, w których obrazy były zawieszane: na ścianach, między liniami przenikania się z nimi łuków sklepień.
12 Dziś m.in. w Państwowym Archiwum w Modrej k. Bratysławy, Słowackim Muzeum Narodowym w Bratysławie, Państwowym Archiwum w Lewoczy (Słowacja) czy Muzeum Narodowym w Krakowie. Zachowane muzykalia zostały wpisane do Międzynarodowego Repertuaru Źródeł Muzycznych „RISM” (Répertoire International des Sources Musicales).
13 D. Smolarek, Katalog tematyczny muzykaliów z klasztoru w Podolińcu, Lublin 2009; tenże,Polonica w muzykaliach klasztoru pijarów w Podolińcu, „Muzyka” LII, 2007, nr 1 (204); tenże, Śpiewnik CANTUS CATHOLICI z kolegium pijarów w Podolińcu, „Annales Lublinenses pro Musica Sacra” 2014, nr 5.
14 Objęcie przez podolinieckich pijarów parafii w Białej Spiskiej stanowiło część szerszego zamierzenia prowadzącego do rekatolizacji Spiszu w dobie kontrreformacji. Dla uzyskania w tej kwestii podstawy prawnej, gorliwy w jej prowadzeniu misjonarz o. František Hanák od św. Wacława zwrócił się z prośbą do króla polskiego Michała Korybuta o usankcjonowanie rekatolizacji w trzynastu miastach spiskich. Władca ten udzielił takowego pozwolenia wydaniem w 1671 roku dyplomu o swobodzie wyznania w nich wiary rzymskokatolickiej.
15 Tak potocznie nazywano austriacki kraj koronny – Królestwo Galicji i Lodomerii istniejące w latach 1772–1918.
16 Kolejne przepisy oświatowe zostały przez Austrię wprowadzone w 1806 i obowiązywały do roku 1848.
17 S. Goszczyński, Dziennik podroży do Tatrów, Petersburg 1853.
18 R. Pollak, Wyprawa skautów śląskich przez Orawę i Tatry na Spisz, wstęp E. Romer, Lwów 1919
19 J. Havran, Dejiny piaristického kolegia v Podolínci, [w:] Podolínec 1642–1992. Navrat k prameňom, Prewidza 1992
20 Sebastian Lubomirski (ok. 1546–1613), żupnik i burgrabia krakowski, kasztelan małogoski, biecki i wojnicki, starosta sandomierski, sądecki i spiski, twórca potęgi rodu.
 

 

Bibliografia – wybrane pozycje

Adamczyk M.J., Szkoły pijarskie w Podolinie i ich związki z Polską 1643–1848, Wrocław 1995.

Chalupecký I., Piaristycké kolégium v Podolinci / Pijarskie kolegium w Podolińcu, tłum. T. Królczyk, „Pogranicze polsko-słowackie, Rocznik Euroregionu Tatry” 2002.

Goszczyński S., Dziennik podroży do Tatrów, Petersburg 1853.

Gotkiewicz M., Trzy wieki Kolegium Podolinieckiego (1642–1942), „Nasza Przeszłość”, t. XV, 1962.

Havran J., Dejiny piaristického kolegia v Podolínci, [w:] Podolínec 1642–1992. Navrat k prameňom, Prewidza 1992.

Kmietowicz W., Muszynianie w kolegium oo. Pijarów w Podolińcu, „Almanach Muszyny” 2008.

Kotvan I., Inkunábuly na Slovensku, Matica Slovenská 1979.

Mapa Starostwa Spiskiego Franciszka Floriana Czakiego (1762), red. Z. Ładygin, „Zeszyty Tatrzańskie” 3, Zakopane 2013.

Pijarzy. Piaristi. Pietas et Litterae, [katalog wystawy], red. M. Marcinowska, Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu (Polska), Muzeum Lubowelskie w Starej Lubowli (Słowacja), Nowy Sącz 2004.

Orłowicz M., Ilustrowany przewodnik po Spiszu, Orawie, Liptowie i Czadeckiem, Warszawa 1921.

Oszczęda W., Z kart historii spiskiego Podolińca. Dzieje miasta, „Almanach Muszyny” 2003.

Pinkwart M., Północna Słowacja. Przewodnik krajoznawczy dla zmotoryzowanych, Łódź 1996.

Pollak R., Wyprawa skautów śląskich przez Orawę i Tatry na Spisz, wstęp E. Romer, Lwów 1919.

Sas Zubrzycki J., Skarb architektury w Polsce, T. IV, Kraków 1913–1916 (całość t. I–IV wydano w latach 1907–1916), tablice nr 315, 316.

Skłodowski J., Podoliniec – „Spiski Oxford”, „Nasza Rota” 2012, nr 3; „Bunt Młodych Duchem” 2014, nr 4 (80).

Skłodowski J., Szkoła Europy, „Tygodnik Podhalański”, R. IV, nr 16 (172), 25.04.1993.

Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, t. IV, nakładem W. Walewskiego, Warszawa 1887 (Podoliniec).

Smolarek D., Katalog tematyczny muzykaliów z klasztoru w Podolińcu, Lublin 2009.

Smolarek D., Polonica w muzykaliach klasztoru pijarów w Podolińcu, „Muzyka” LII, 2007, nr 1 (204).

Smolarek D., Śpiewnik CANTUS CATHOLICI z kolegium pijarów w Podolińcu, „Annales Lublinenses pro Musica Sacra” 2014, nr 5.

Trajdos T.M., Trzy miasta spiskie, „Almanach Muszyny” 1993.

Wilczek W., Kolegium pijarów w Podolińcu (cz. 1), „Tatry” TPN 2014, nr 3 (49).

Wilczek W., Kolegium pijarów w Podolińcu (cz. 2), „Tatry” TPN 2014, nr 4 (50).

Zienkowicz L., Les costumes du peuple polonais suivis d’une description exacte de ses moeurs, de ses usages et de ses habitudes: ouvrages pittoresques, réd. et publ. par L. Zienkowicz, Paris: Librairie Polonaise, 1841.


Tekst i fotografie: dr Jan Skłodowski

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.