Blue Flower

IV Biesiada Karpacka "Res Carpathica" odbywała się w 2019 roku na Pogórzu Przemyskim. Zwyczajowo w niedzielę uczestnicy biesiad odwiedzają jedną z placówek muzealnych w okolicy. Oczywistym wyborem, z uwagi na zainteresowania znacznej części biesiadników, było Muzeum-Zamek w Łańcucie, a w nim - Składnica Ikon. Poniżej relacja Anny Kamińskiej i Piotra Strzałkowskiego z tego wydarzenia. Fotografie Piotra Strzałkowskiego.


Niedzielne jesienne przedpołudnie. Łańcut. Przed budynkiem z tablicą i napisem w trzech językach „Sztuka Cerkiewna” zbiera się grupa osób. Za chwilę ma się rozpocząć wizyta w Muzeum Ikon łańcuckiego zamku. Zamierzamy je odwiedzić, mając rzadką możliwość oprowadzenia przez kierownika Działu Sztuki Cerkiewnej dr. Jarosława Giemzę. Po chwili oczekiwania wchodzimy do środka.

Najpierw więc o wrażeniu: po minięciu muzealnego przedsionka wchodzimy do wysokiej sali, na której ścianach od dołu do góry wiszą stare ikony. W głębi po bokach zainstalowane są wysokie, unoszone na szynach kraty, na których także umieszczono ikony. W trakcie zwiedzania kilka krat wysunięto tak, aby pokazać poszczególne obiekty. Wokół umieszczono zestawione fragmenty ikonostasów, detale snycerki i obrazy, wiele z nich w taki sposób, aby pokazać także drugą, również zamalowaną stronę. Całość pozwala bezpośrednio obcować ze sztuką tak, jak to się dzieje w najlepszych światowych galeriach.

Zestawione fragmenty ikonostasów

Po chwili dołącza do nas dr Jarosław Giemza, który pozostanie z nami przez około dwie godziny, opowiadając o tym, czym jest ta kolekcja i co reprezentuje z profesjonalnego punktu widzenia.

Najpierw krótki wstęp o pochodzeniu ikon, których legendarna historia bierze początek od świętego Łukasza Ewangelisty. Religijne obrazy portretowe malowano od dawna, ale niewiele tych z pierwszych wieków chrześcijaństwa przetrwało do naszych czasów ze względu na niszczenie ikon w okresie buntu przeciw ich kultowi. Tak więc najstarsze ze znanych datowane są zwykle na VI wiek. Malarstwo ikonowe rozwijało się w Bizancjum i na terenach objętych wpływami wschodniego chrześcijaństwa.

Wnętrze przystosowane do przechowywania ikon

Najstarsze ikony znajdujące się w Polsce pochodzą z XIV i XV wieku. Na ogół przybywały z terenów wschodnich i południowych, dopiero później powstawały miejscowe szkoły malarskie, najprawdopodobniej przy monastyrach. Znanym ośrodkiem malarskim na przełomie XVII i XVIII w. były Rybotycze nad rzeką Wiar, na południe od Przemyśla. Kilka ikon rybotyckiej roboty znajduje się w muzeum łańcuckim i mogliśmy je podziwiać.

         

O carskich wrotach użytych jako element konstrukcyjny i uratowanej ikonie opowiada dr Jarosław Giemza

Bardzo ciekawe są metody konserwatorskie, które prowadzą do niespodziewanych odkryć, a których przykłady pokazał nam dr Jarosław Giemza. Stare zniszczone ikony czasem przemalowywano i zdarza się, że zdejmując kolejne warstwy można ujawnić dwa, a nawet trzy wcześniej malowane obrazy. Nie zawsze należy żałować tych zamalowanych – nowsze mają niekiedy większą wartość artystyczną. Czasem drewno starszych ikon służyło jako materiał pod kolejne obrazy, więc takie deski można odkryć niespodziewanie w innych obiektach. Określenie wieku ikon jest trudne, ponieważ anonimowi twórcy nie datowali swych dzieł. Czas powstania można szacować na podstawie analizy użytych materiałów. Najdokładniejsza jest tu metoda dendrochronologiczna, choć nie w każdym przypadku jest możliwa do zastosowania.

   

Starotestamentowy kapłan Melchizedek; Matka Boża Eleusa (Umilenie)

Można dalej słuchać opowieści. Można przyjrzeć się obrazom i mozolnie odczytywać teksty pisane cyrylicą. Są tu Matki Boże Hodegetrie i Umilenia, Chrystus Pantokrator, Mandyliony, sceny Ukrzyżowania, święci. Tu święty Jerzy, tam Archanioł Michał, św. Dymitr czy św. Mikołaj.

Łańcuckie muzeum posiada największy zbiór ikon w Polsce, a może nawet w tym rejonie Europy (duże zbiory można obejrzeć również w Sanoku, Przemyślu, Krakowie i Lwowie). Większość ikon trafiła tu ze zrujnowanych cerkwi, niektóre zostały zakupione lub pochodzą z darów, a także konfiskat urzędów celnych. Zdarza się, że obiekty te wracają tam, gdzie ich właściwe miejsce – mówi Jarosław Giemza – do wyremontowanych cerkwi czy kościołów. Muzeum jest dla nich tylko tymczasowym miejscem pobytu, w którym prowadzi się jednocześnie prace badawcze i konserwatorskie. Zgromadzone są tu także krzyże cerkiewne i nagrobne, stare księgi oraz inne pamiątki kultury związanej ze wschodnimi obrządkami chrześcijaństwa.

  

Matki Boże Hodegetrie ocalone od zniszczenia

Dr Jarosław Giemza jest autorem wielu publikacji i albumu przedstawiającego obiekty Muzeum Ikon. Próżno jednak tych wydawnictw szukać w muzeum – w miejscowym sklepiku machają tylko ręką, nakłady są wyczerpane.

Wizyta w Łańcucie ma także wymiar osobistego doświadczenia. Warto choćby przez chwilę pozostać sam na sam z ikoną czy starą kościelną chorągwią z XVI wieku. Z pewnością warto tam pojechać.

   

Chorągiew procesyjna ze św. Jerzym; XVI-wieczne księgi liturgiczne


Tekst: Anna Kamińska i Piotr Strzałkowski. Fotografie: Piotr Strzałkowski.

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów. 

W dniach 15-17 listopada 2019 odbyła się IV Biesiada Karpacka. Co roku odwiedzamy inny kawałek Karpat. Tym razem wybraliśmy Pogórze Przemyskie. Wrażenia z Biesiady okraszone fotografiami przedstawia Piotr Strzałkowski


W Słonnem, szerokim łukiem, wśród kolorowych od jesiennych liści wzgórz, przepływa spokojnie San. Naprzeciw wsi po południowej stronie rzeki, znajduje się ośrodek „Zielona Polana”. 15 listopada zjechało do niego z różnych stron ponad pięćdziesiąt osób, członków i sympatyków stowarzyszenia „Res Carpathica” na kolejną czwartą, organizowaną przez stowarzyszenie trzydniową „Biesiadę”. Biesiada to coś w rodzaju uczty, której towarzyszą śpiewy i hulanki. Tym razem różnorodny program nie zapewniał szaleństw tego rodzaju, i z żalem należy stwierdzić, że żadne pieśni nie zabrzmiały wśród okolicznych wzgórz. Uczestnicy spotkania mieli za to okazję wysłuchać kilku interesujących wystąpień, obejrzeć film i wystawę grafik naszego przyjaciela Janka Szarana, oraz objechać okoliczne tereny i odwiedzić miejsca wybrane przez jednego z nas: znawcę tego regionu i autora książek Stanisława „Stasinka” Krycińskiego.

San w okolicach Słonnego

Wystąpienia dotyczyły szeroko rozumianych spraw karpackich, głównego tematu zainteresowań całej grupy. Najpierw więc obejrzeliśmy fabularyzowany film o odkrywcy nowych procesów destylacji ropy i wynalazcy lampy naftowej - Ignacym Łukasiewiczu. Obraz był wyprodukowany niskim kosztem przez (obecnego na spotkaniu) Bogdana Miszczaka z TV Obiektyw z Krosna, a kanwą opowieści był jedyny wywiad, jakiego Łukasiewicz udzielił pismom galicyjskim. Wraz z dziennikarzem przybyłym z Krakowa oglądamy metody pracy i zagłębiamy się w szczegóły życia wynalazcy. Widzimy także idealizm i naiwność Łukasiewicza oraz jego wspólników – nie dokumentowali umów, a technologie przekazali bezpłatnie do Ameryki. Nie tak się robi interesy i nie najlepiej skutkowało to potem sytuacją ich rodzin: żona Łukasiewicza zmarła w przytułku. Okazuje się, że wiele osób nic nie wie o tym wynalazcy. My, nieco starsi, uczyliśmy się o nim w szkole, teraz widać nie ma na to miejsca. Film nie był wyemitowany przez telewizję, a inne instytucje także nie wyraziły zainteresowania. Nie sprzyja to dalszemu upowszechnieniu wiedzy o polskim wkładzie w rozwój przemysłu naftowego.

Kolejna prezentacja okazała się bardzo dobrze trafiona: Krzysztof Zieliński z Rzeszowa przedstawił wydobywanie z niepamięci dawnych tradycyjnych potraw z tego terenu oraz wysiłek skierowany w ich upowszechnienie. Ze swadą i barwnie opowiedział nam o proziakach - tutejszych plackach, które są tanie i łatwe w przygotowaniu, mają wiele odmian, można je podawać na kilka sposobów. Proziaki weszły do ofert wielu barów, a także najbardziej znanych restauracji w regionie, jako dodatki lub dania właściwe. Jeszcze tego samego wieczora kilka osób zamówiło je w kuchni naszego ośrodka. Po prezentacji można było także kupić przetwory z owoców derenia.

Na zdjęciu Witold Grzesik, organizator IV Biesiady Stowarzyszenia "Res Carpathica"

W czasie „Biesiady” miały miejsce jeszcze trzy inne wystąpienia. Drugiego dnia obejrzeliśmy zdjęcia ze starych pocztówek uzdrowisk galicyjskich, takich jak Brzuchowice, Szkło, Horyniec czy Niemirów. To kontynuacja tematyki z naszych innych spotkań; tym razem o uzdrowiskach opowiadał Tomasz Róg, od tego roku dyrektor Muzeum Kresów w Lubaczowie. Przy okazji można było też zobaczyć stare plakaty reklamujące te miejsca: najpiękniejszy pokazywał kobiecą sylwetkę szybującą lekko nad uzdrowiskowym pejzażem. Kolejne wystąpienie pozwoliło nam odczuć niemal fizyczną bliskość mieszkańców Nowego Sołońca – polskiej wsi w Bukowinie w Rumunii. Iwona Piętak z Polskiego Radia Rzeszów pokazała nam ich zdjęcia, a jednocześnie usłyszeliśmy ich nagrane głosy: jak się wyrażają, jak mówią o swej polskości. Choć opowieści brzmiały bardzo pozytywnie, mimo zapewnień wydaje się, że środowisko dotykają zjawiska podobne do tych mających miejsce w innych społecznościach: młodzi wyjeżdżają w świat za pracą, studiami, lepszymi warunkami życia i nie wszyscy wracają; coraz też częściej poprzez małżeństwa odchodzą od tradycji. Ponieważ kilka obecnych na sali osób odwiedziło te tereny, nastąpiła ciekawa wymiana opinii na ten temat. Wreszcie ostatnia prezentacja z drugiego dnia dotyczyła związanej z Bieszczadami postaci Kazimierza Doskoczyńskiego, PRL-owskiego zarządcy ośrodków rządowych, osoby obecnie mało znanej. Andrzej Kaczorowski, członek naszego stowarzyszenia, który miał okazję osobiście uczestniczyć w wydarzeniach z udziałem Doskoczyńskiego w okresie „Solidarności”, a później poznać dokumenty na jego temat, przedstawił nam szczegółowo jego sylwetkę.

Cerkiew w Lipie

Jednakże głównym wydarzeniem i osią całej naszej eskapady w te okolice była wycieczka autokarowa z odwiedzinami w Pawłokomie, Dąbrówce Starzeńskiej, Uluczu, Lipie, Kotowie i Piątkowej. W pamięci pozostały piękne cerkiewki, a także świadectwa obecności na tych terenach ludności ruskiej i ukraińskiej oraz wydarzeń związanych z losami tutejszych mieszkańców. To temat bardzo delikatny i nie jest łatwo dziś opowiedzieć te historie, nie narażając się na krytykę którejś ze stron. Są przecież co najmniej trzy narracje o tym, co się tutaj (a także w innych miejscach) działo: polska, ukraińska i żydowska. Każda z nich zajmuje się głównie losami swojej społeczności, próbując forsować własny punkt widzenia. Stanisław Kryciński ma wrażliwość, zrozumienie i umiejętność łączenia tych historii, ale i wśród nas jego opowieści wywołały emocjonalne dyskusje. Stało się tak szczególnie po Pawłokomie, w której pochowanych jest 366 ukraińskich mieszkańców wsi zabitych przez poakowskie podziemie. Inną dyskutowaną sprawą był przyszły los remontowanych cerkiewek. Jak je utrzymać, gdy – piękne – będą już stać, czasem osamotnione w środku lasu, czy na polnym wzgórzu.

Pozostałości zamku w Dąbrówce Starzeńskiej

 

Cerkiew w Kotowie

Trochę niespodziewanie jedną z największych atrakcji „Biesiady” okazała się wizyta w Muzeum Ikon w Łańcucie. Niesamowite wrażenie ma się już przy wejściu, gdy widzi się wysokie ściany obwieszone w kilku rzędach przepięknymi starymi obrazami. Do tego jeszcze niezwykle ciekawe objaśnienia kierownika Działu Sztuki Cerkiewnej łańcuckiego muzeum, doktora Jarosława Giemzy, który specjalnie dla nas poświęcił kilka godzin. Opowiadał o tym skąd wzięły się ikony, gdzie je malowano, o metodach ich konserwacji i co można odkryć w trakcie jej prac: materiał drewniany ze starych obrazów wykorzystywano do tworzenia nowych ikon, na deskach często znajduje się kilka warstw malowideł z różnych okresów, które obecnie można odtworzyć. Pokazywano nam również ikony malowane dwustronnie.

Spotkanie z dr. Jarosławem Giemzą w łańcuckiej Składnicy Ikon

No cóż, hulanek na tej biesiadzie nie było. Były jednak i wieczorne rozmowy przy piwie, wspólne wycieczki i dyskusje. Choć to tylko trzy dni, spędziliśmy je niezwykle intensywnie. Wśród nas jest wielu pasjonatów mających głęboką wiedzę o Karpatach i innych dziedzinach. Poznaliśmy też ten zakątek kraju, do którego zapewne wielu z nas wróci, by znów zobaczyć kolorowe wzgórza i szeroko płynący San.


Tekst i fotografie: Piotr StrzałkowskiPoglądy przedstawione w tekście prezentują stanowisko autora.

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów. 

 

Karpackie historie miewają różne wymiary. Od istotnych wydarzeń po bardzo drobne epizody. Jedne i drugie są ważne. Jedne i drugie utrwalają dzieje regionu. Dziś osobista opowieść Witolda Grzesika o jednym nagrobku i jednym cmentarzu w nieistniejącej dziś wsi Szklary we wschodnim Beskidzie Niskim. I kolejny dowód, że każda historia może mieć dalszy ciąg, jeżeli tylko sięgnąć głębiej do archiwalnych dokumentów...


W lipcu 1983 roku, posiłkując się bladą odbitką przedwojennej mapy Wojskowego Instytutu Geograficznego penetrowałem po raz pierwszy teren dawnej wsi Szklary niedaleko Jaślisk na wschodniej Łemkowszczyźnie. Chociaż opuszczona wiejska dolina była latem niemiłosiernie zarośnięta, udało się zlokalizować miejsce po cerkwi i sąsiadujący z nim cmentarz. Na cmentarzu znalazłem opartą o jeden z pozostałych nagrobków tabliczkę o treści:

KAZIMIERA STANISŁAWA WĘGROWSKA
NAUCZYCIELKA TUTEJSZEJ SZKOŁY LUDOWEJ
ZMARŁA PO DŁUGIEJ CIĘŻKIEJ SŁABOŚCI
W 19 WIOŚNIE ŻYCIA NA DNIU 28 LISTOPADA
1 8 9 3 .
SPOKÓJ I CZEŚĆ DROGIM JEJ POPIOŁOM

Nic więcej o Kazimierze nie wiedziałem, nie wiem zresztą do dziś. To temat na odrębne poszukiwanie w coraz szerzej dostępnych materiałach, odnajdywanych w najprzeróżniejszych archiwach i muzeach.

Tablica nagrobna Kazimiery Stanisławy Węgrowskiej. Szklary, lipiec 1983

W kolejnych dekadach odwiedzałem cmentarz kilkakrotnie podczas pobytów w nieodległych Polanach Surowicznych. Z Polan prowadziła do Szklar piękna droga, z pewnością użytkowana przez mieszkańców przed wysiedleniem w latach czterdziestych XX wieku. Szło się wpierw przez górną część wsi, bezpowrotnie utraconą dziesięć lat temu podczas budowy drogi leśnej do Puław. Należało potem dawną drogą, umiejętnie mijającą wykroty i stromizny, wejść na wypłaszczenie zwane Kamfiniarką, z niego na regularnym leśnym skrzyżowaniu skierować się na północ w kierunku góry Jawornik. Przez łącznikowy grzbiet wychodziło się z lasu wprost na skraj polany nieomal na szczycie Bani Szklarskiej. Z Bani wystarczyło tylko zejść do Szklar. Łatwo powiedzieć „tylko”, zawsze trochę trzeba było pobłądzić, aby znaleźć cmentarz. Znam co najmniej kilka osób, którym ta sztuka się nie udała.

Któregoś roku – zapewne było to we wczesnych latach dziewięćdziesiątych – zastałem cmentarz zupełnie zdewastowany. Przez jego środek prowadziły wśród nagrobków głębokie ślady wyżłobione przez PGR-owskie traktory ze współczesnej wsi Szklary, położonej powyżej potoku, przy drodze do Rymanowa. Tabliczki nagrobnej Kazimiery Węgrowskiej nie znalazłem i nie miałem specjalnej nadziei na jej odszukanie już kiedykolwiek. Zapewne – tak myślałem – została wtłoczona w glebę przez koła pojazdów albo oddana na złom.

Parę lat później, już nie pamiętam, skąd i jak, dowiedziałem się o tym, że tabliczka znajduje się w Muzeum Łemkowskim w Zyndranowej. Przy pierwszej okazji poprosiłem jego opiekunkę panią Marię Gocz o pokazanie eksponatu. Mówiąc „co Wy z tą tabliczką, już któraś kolejna osoba o to pyta” weszła do któregoś z budynków muzeum i wróciła z tabliczką w ręku. 

--------------- o ---------------

Kilka lat temu w internecie zaczęły pojawiać się zdigitalizowane materiały – gazety, protokoły, wykazy kościelne i urzędowe. Dzięki wielu programom finansującym publiczne udostępnianie źródeł historycznych nie trzeba już po każdą informację udawać się do biblioteki lub archiwum. Wystarczy czasem chwila cierpliwości i dociekliwości, aby przepastne zasoby cyfrowych bibliotek stały się dla nas dostępne.

Postanowiłem sprawdzić, czego możemy się dowiedzieć o Kazimierze Węgrowskiej z oficjalnego schematyzmu Galicji. Co roku bowiem c.k. administracja wydawała pełną informację o wszystkich urzędach i instytucjach w państwie. Sięgnąłem do opasłego (czy można tak wciąż mówić o zdigitalizowanych dokumentach?) Szematyzmu Królestwa Galicyi i Lodomeryi z Wielkiem Księstwem Krakowskiem na rok 1894, liczącego prawie tysiąc stron.

W księdze jest między innymi rozdział „Szkoły ludowe pospolite”, podane są w nim wszystkie placówki szkolne i nazwiska nauczycieli. W opisie powiatu sanockiego pod pozycją „Szklary” jest odpowiedni zapis ("tymcz." oznacza posadę tymczasową):

Dlaczego o naszej bohaterce jest mowa w tomie wydanym na rok 1894, skoro zmarła w roku poprzednim? Szematyzmy były przygotowane tak, aby było możliwe rozesłanie ich do wszystkich urzędów na sam początek roku kalendarzowego. Skład wykonywano w roku poprzedzającym na podstawie uprzednio zbieranych informacji z całego państwa. Cały proces gromadzenia informacji i druku trwał kilka miesięcy. Można więc domniemywać, że nie było szans na korektę danych w już szykowanym do druku tomie, jeżeli zgon urzędnika nastąpił późną jesienią. 

Kazimiera w chwili śmierci, jak podaje napis na tablicy nagrobnej, miała raptem 19 wiosen. Czy to był jej pierwszy rok nauczania? Warto sprawdzić. Sięgnąłem do tomu wydawanego na rok 1893. W Szklarach posada nauczyciela była opróżniona, ale parę wierszy wyżej można znaleźć wpis, że Węgrowska była wówczas nauczycielką na posadzie prowizorycznej w… Polanach Surowicznych!

Jeżeli Czytelnik pamięta, w Polanach Surowicznych jest też grób lekarza, ratującego chorych podczas epidemii cholery w 1873 roku, w bibliotece wirtualnej Stowarzyszenia Res Carpathica jest o tym również artykuł. Obie wsie są od siebie nieodległe. Lekarz i nauczycielka. Porównanie do postaci doktora Judyma i Siłaczki, które może nieco pompatycznie, ale jednak się narzucało, w świetle ostatniego odkrycia jeszcze bardziej jest uzasadnione. Ile jeszcze takich historii poznamy?

A swoją drogą ciekawe, czy Kazimiera Węgrowska przeprowadzała się z Polan Surowicznych do Szklar opisaną wcześniej drogą…

--------------- o ---------------

Jeżeli ktoś zapragnąłby odwiedzić szklarski cmentarz, polecam odnaleźć, około 200 metrów powyżej wyjścia na szosę w Szklarach tzw. traktu węgierskiego, wylot dawnej zakładowej pegeerowskiej drogi; łatwo to miejsce poznać, na rogu stoi niewielki murowany budynek służący kiedyś do obsługi wagi wozowej. Drogą tą trzeba zejść do potoku i dalej iść w górę strumienia, w naturalnym miejscu przejść na jego drugą stronę. Po dalszych 200 metrach dojdziemy do cerkwiska, za którym jest cmentarz. Na wypadek kłopotów służę współrzędnymi GPS: N49º28.4174’ E021º48.7670’.

Na cerkwisku, miejscu po cerkwi pw. św. Mikołaja, stoi do dziś kamienna chrzcielnica oraz nagrobek miejscowego parocha (proboszcza) Joanna Harajewicza (1781-1848); to jeden z najstarszych obiektów na greckokatolickich cmentarzach na Łemkowszczyźnie. Siedziba parafii była wówczas w nieodległej Daliowej, zapewne jednak proboszcz mieszkał w Szklarach i tu wdzięczne żona i dzieci – jak wynika z inskrypcji – ufundowały mu pomnik. Co ciekawe i nietypowe w tych stronach, napisy na nagrobku umieszczono na trzech jego bokach w języku ruskim, polskim i po łacinie.

Nagrobek parocha Daliowej Joanna Harajewicza. Szklary, kwiecień 2019

 


W artykule wykorzystano zasoby cyfrowe Małopolskiego Towarzystwa Geologicznego, http://mtg-malopolska.org.pl. Zdjęcia autora artykułu.

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

 

 

 

Członek RC' Andrzej W. Kaczorowski opisuje krynickie dzieje arcybiskupa Antoniego Baraniaka, jednego z najbardziej zasłużonych duchownych w czasach PRL. Artykuł publikowany był pierwotnie w czasopiśmie "Krynickie Zdroje" (nr 2/3 z 2018 roku).


Wśród wielkich ludzi Kościoła w Polsce, którzy zapisali się w dziejach Krynicy, abp Antoni Baraniak (1904-1977) zajmuje miejsce szczególne. Był wielkim miłośnikiem krynickiego uzdrowiska, do którego przyjeżdżał na leczenie i wypoczynek kilkadziesiąt razy, nierzadko spędzając tutaj po parę miesięcy w roku. Wyjątkowy charakter miał jednak jego najdłuższy pobyt – od 3 kwietnia do 31 października 1956 r. – kiedy zwolniony z więzienia ze względu na stan zdrowia był przez władze komunistyczne internowany w Domu św. Elżbiety przy ul. Pułaskiego.

Sekretarz dwóch prymasów

Pochodził z Wielkopolski, wcześnie wstąpił do Towarzystwa Salezjańskiego, w 1931 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Gruntownie wykształcony w Rzymie (dr teologii i dr prawa kanonicznego), znający biegle kilka języków, w 1933 r. został sekretarzem Prymasa Polski kard. Augusta Hlonda, u którego boku odbył tułaczkę wojenną. Po wojnie był jego kapelanem i kierownikiem Sekretariatu Prymasa najpierw w Poznaniu, a następnie w Warszawie. Od 1948 r. to samo stanowisko sprawował także u nowego arcybiskupa gnieźnieńskiego i warszawskiego Stefana Wyszyńskiego. W 1951 r. został sufraganem gnieźnieńskim i dyrektorem Sekretariatu Prymasa Polski.

Biskup niezłomny

W latach stalinizmu i największych prześladowań Kościoła w PRL bp Antoni Baraniak zachował niezłomną postawę. Uwięziono go podobnie jak Prymasa w nocy 25/ 26 września 1953 r., a następnie osadzono w osławionym więzieniu na warszawskim Mokotowie, gdzie przeszedł okrutne śledztwo z torturami fizycznymi i psychicznymi włącznie. Zniósł 145 przesłuchań, podawanie zastrzyków, zatruwanie organizmu, pobyt w celi z fekaliami, kilkudobowe trzymanie nago w wilgotnej i nieogrzewanej celi, zakaz korespondencji, widzeń i praktyk kapłańskich. Pozostał bezgranicznie lojalny wobec Prymasa, wierny Bogu i Kościołowi, dzięki czemu komunistycznym oprawcom nie udało się spreparować procesu przeciwko kard. Wyszyńskiemu.

Więzienie zrujnowało zdrowie bpa Baraniaka, ale nie złamało jego ducha. Śledztwo nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, a stan maltretowanego pogarszał się mimo długotrwałego leczenia szpitalnego. Interwencje w sprawie uwolnienia biskupa ponawiał Episkopat Polski, władze zaś zapewne wołały nie ponosić odpowiedzialności za jego zgon w więziennym pawilonie przy ul. Rakowieckiej. 29 grudnia 1955 r. uchylono więc, po ponad dwóch latach (!), areszt tymczasowy, ale po zwolnieniu wskazano jako miejsce przymusowego pobytu – z zakazem prowadzenia działalności publicznej – dom salezjański w Marszałkach koło Ostrzeszowa; jeszcze tego samego dnia został tam przewieziony.

Po ratunek do Krynicy

Po wizycie w Marszałkach sekretarz Episkopatu bp Zygmunt Choromański od razu podjął starania u władz o pozwolenie na przeniesienie się bpa Baraniaka – z uwagi na konieczność ratowania zdrowia w lepszych warunkach – do domu sióstr elżbietanek w Krynicy Zdroju. Zaświadczenie lekarskie zalecało m.in. stosowanie wód uzdrowiskowych, „jak np. Kryniczanka, Zuber, itd.”, sugerując, że „kurację tę można przeprowadzić w uzdrowisku Krynicy”. Władze nadspodziewanie szybko wyraziły zgodę na wyjazd. 24 stycznia 1956 r. bp Baraniak wysłał list do krynickich elżbietanek, a s. Filomena odpisała, że „około 12 lutego będzie wolny odpowiedni pokój i zarezerwowany dla Waszej Ekscelencji”, zapraszając do spokojnej Krynicy, „bo zima jest cudna dotąd”.

Niestety, 3 lutego Urząd do Spraw Wyznań cofnął biskupowi zezwolenie na wyjazd, ponieważ „nie zachował on warunków pobytu w Marszałkach i jeździł po całym województwie”; w istocie raz tylko pojechał do fryzjera w Ostrzeszowie (12 km). Bp Baraniak zwrócił się do sekretarza Episkopatu o interwencję u władz w sprawie jego kuracji w Krynicy: „Wiem już z doświadczenia (leczyłem się tam już parę razy), że ta miejscowość jest dla mnie najbardziej wskazana. Miałbym tam opiekę lekarzy odpowiednich, którzy dobrze znają niedomagania mego organizmu, jak również pensjonat SS. Elżbietanek, z kaplicą na miejscu, z troskliwą obsługą, której tak bardzo potrzebuje moje podupadłe zdrowie”. Interwencja okazała się skuteczna, władze zezwoliły na 3-miesięczny pobyt bpa Baraniaka w Krynicy, który przybył do Domu św. Elżbiety 3 kwietnia 1956 r.

 

I Krynicę, i pensjonat sióstr dobrze znał. Wiadomo, że już jako biskup towarzyszył tutaj w trzech pierwszych krynickich urlopach Prymasowi Wyszyńskiemu – w 1951 i 1952 r. Zapewne „perłę polskich zdrojów” poznał jednak znacznie wcześniej. Co ciekawe, także Prymas Hlond lubił wypoczywać nad Kryniczanką –  przed II wojną światową gościł tutaj co najmniej kilkakrotnie, ale brak danych, czy zabierał ze sobą swego sekretarza.

Kurowanie zdrowia, czekanie na wolność

Wkrótce po przyjeździe bpa Baraniaka zbadał dr Jan Janiga, który potwierdził wcześniejszą diagnozę lekarską: „Duży ubytek wagi wpływa ujemnie na system nerwowy. (…) wytworzyła się pewna atonia kiszek, jest duża niedrożność przewodów żółciowych”. Doktor zastosował dietę wątrobianą i lekarstwa pobudzające trawienie. „Ponieważ Zdrój jest zamknięty, więc dopiero w maju będą zastosowane krótkofalówki przeciw zrostom pooperacyjnym i kąpiele kwasowęglowe”. Pacjent wyrażał nadzieję, że zarówno pobyt w krynickiej atmosferze, jak i kuracja „wpłyną dodatnio na powrót do jakiego takiego zdrowia i sił”, a horoskopy są „dosyć dobre”.

Biskup liczył także, że wobec postępującej odwilży politycznej w kraju „akt zezwolenia na kurację będzie wstępem do odzyskania elementarnych praw ludzkich, szczególnie prawa swobodnego poruszania się, nawet gdybyśmy mieli nadal być pozbawieni możności powrotu do miejsca własnego zamieszkania”. Zamierzał przede wszystkim odwiedzić internowanego w Komańczy Prymasa oraz innych biskupów, swoje rodzinne strony oraz udzielić święceń kapłańskich salezjanom w Oświęcimiu. Sekretarz Episkopatu studził te oczekiwania, zalecając jedynie dwie rzeczy: kurowanie zdrowia i czekanie na bardziej pomyślny rozwój sytuacji. Do tego też sprowadzał się program całego krynickiego pobytu bpa Baraniaka. Także Prymas radził swemu najbliższemu współpracownikowi, by pozostał w Krynicy „możliwie jak najdłużej”.

List Episkopatu Polski do bp. Antoniego Baraniaka (Archiwum Archidecezjalne Warszawskie)

Tymczasem 17 maja 1956 r. bp Baraniak otrzymał pismo Naczelnej Prokuratury Wojskowej z zawiadomieniem o umorzeniu śledztwa przeciwko niemu; oskarżenie o działalność antypaństwową upadło. Poinformował o tym zaraz Prymasa i sekretarza Episkopatu, uważając, że jego sytuacja prawna uległa zasadniczej zmianie i daje teraz podstawę do zniesienia wszystkich ograniczeń i uciążliwości związanych z internowaniem. Władze PRL nie były jednak do tego skłonne, a Prymas ponownie prosił, by ze względu na kurację zdrowotną „Ks. Biskup z Krynicy się nie wyrywał i pozostał tam jak najdłużej”. Bezskuteczne okazały się również starania bpa Baraniaka o uzyskanie przepustki do Komańczy.

„Dobry przyjaciel”

Funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa z pomocą swoich agentów wywodzących się głównie z szeregów duchowieństwa prowadzili bieżącą obserwację jego życia. Najwięcej doniesień przekazywał „Żagielowski” – ks. prałat Władysław Kulczycki (1896-1968) z Krakowa, „dobry przyjaciel” biskupa oraz Prymasa, który często zaglądał do krynickiego pensjonatu elżbietanek. Informował on UB m.in. o spacerach i wycieczkach górskich bpa Baraniaka w towarzystwie Janusza Kucharskiego, ucznia klasy XI gimnazjum w Krynicy. „Znał się on z ks. biskupem Baraniakiem jeszcze przed wojną, jako młody chłopak służył mu zawsze do mszy św., a teraz przychodzi tam do SS. Elżbietanek i tam mu służy do mszy św. codziennie o godz. 6.30. Mieszka tuż obok pensjonatu SS. Elżbietanek we willi „Przystań” i bardzo często odwiedza ks. Baraniaka w ciągu dnia”. W sierpniu 1956 r. biskup wraz ze swym ministrantem przeszedł „szczytem gór na Jaworzynę do Żegiestowa” oraz do Rytra. „Z matką Janusza i ojcem, bratem Zbyszkiem i Hanką (6 lat) zna się od dawna i tylko się z nimi kontaktuje. Poza tym unika łączności ze wszystkimi. Matka Janusza ma willę „Przystań”, która jest jej własnością, ale została im zabrana przez władze miejskie Krynicy, także mieszka kątem w jednym małym pokoiku na parterze we własnym domu. O to się ciągle procesuje z władzami tamtejszymi, które jej nawet w różny sposób, np. podatkami, bardzo dokuczają”.

Biskup Antoni Baraniak podczas wycieczki w górach w okolicy Krynicy, lato 1956 (Archiwum Prowincji Warszawskiej Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety)

Wiedząc o kontrolowaniu korespondencji przez UB, bp Baraniak próbował przekazywać swe listy do Prymasa „przez Kraków”, co okazało się fatalną pomyłką, ponieważ osoba pośrednicząca w tym korespondencyjnym kontakcie była po prostu ubeckim agentem, a przewożone przez nią listy zanim dotarły do rąk adresatów, trafiały najpierw do funkcjonariuszy UB w Krakowie.

Niewygodny świadek

W trakcie inwigilacji internowanego w Krynicy biskupa władze bezpieczeństwa interesowały się zwłaszcza stanem jego zdrowia. Kuracja dawała początkowo pewne rezultaty i bp Baraniak występował do Episkopatu o uzyskanie zgody władz na przedłużenie mu pobytu w uzdrowisku, kolejno na lipiec, sierpień, a potem na jeszcze dwa miesiące. Niestety, skutki maltretowania w więzieniu były trudne do wyleczenia. „Żagielowski” meldował, że miał „dnie, gdzie nie może nic jeść” i „spać nie może, jest bardzo poważna obawa, że ta cała choroba się może skończyć katastrofą (…) a do tego dołączy się jeszcze stan nerwowy z powodu obecnego swego stanu izolowania”. Zaświadczenie lekarskie z 21 sierpnia 1956 r., podpisane przez dra Jana Janigę z „Lwigrodu” i dra Włodzimierza Pasiekę („Pod Koroną”), stwierdzało u badanego biskupa „przewlekłe zapalenie woreczka żółciowego, chorobę Glenarda, hypotonię przy stanie ogólnego wycieńczenia, oraz psychonerwicę lękowo-depresyjną utrudniającą leczenie w/w chorób organicznych”; „stan chorego wymaga dłuższego leczenia uzdrowiskowego przez okres jeszcze 2-3 miesięcy, a następnie wymaga sanacji warunków bytu”.  „Czy naprawdę medycyna krynicka nic nie może poradzić na to, by Ks. Biskup lepiej wyglądał?” – pisał z Komańczy zaniepokojony Prymas.

Dla aparatu represji biskup był niezwykle niewygodnym świadkiem jako ofiara przestępczych praktyk w więziennym śledztwie, dlatego interesowano się także, co mówił o  pobycie w więzieniu mokotowskim. W sprawie swoich dramatycznych przeżyć zachowywał jednak do końca życia wielką powściągliwość, nawet wobec osób zaufanych. „Żagielowski” usłyszał, że „gdyby nie to, że go wzięto do szpitala na operację ślepej kiszki i miał trochę inne odżywienie, to by nerwowo nie wytrzymał i musiałby skończyć w domu wariatów”.

Po uzyskaniu aprobaty Prymasa 10 września 1956 r. bp Baraniak wystosował pismo do Prokuratora Generalnego PRL o „uprzejmą interwencję” w przyspieszeniu przywrócenia mu pełni praw obywatelskich, których częściowo został pozbawiony. Odpowiedź nie nadchodziła, więc 26 października – tego samego dnia, kiedy Prymas prowadził rozmowy z wysłannikami Władysława Gomułki, nowego I sekretarza KC PZPR, w sprawie warunków swego powrotu z internowania – bp Baraniak wystąpił z kolejną prośbą o przedłużenie pobytu w Krynicy. 30 października nieoczekiwanie dowiedział się, że po przeszło trzech latach może wreszcie wrócić do Warszawy. Następnego dnia, przez Kraków, wyruszył w kierunku stolicy. Wrócił do siebie, na Miodową 17, w uroczystość Wszystkich Świętych 1 listopada 1956 r.

Nr 2 w Episkopacie Polski

Bp Baraniak pracował w Warszawie jako dyrektor Sekretariatu Prymasa Polski do 1957 r., kiedy został arcybiskupem metropolitą poznańskim. Władze PRL wyraziły zgodę, sądząc, że słabe zdrowie nie pozwoli mu na dłuższe urzędowanie, tymczasem sprawnie przewodził on archidiecezji w Poznaniu przez dwadzieścia lat. Przez dziesięć lat (do nominacji kardynalskiej Karola Wojtyły) był osobą nr 2 w Episkopacie. Brał udział w Soborze Watykańskim II, a w 1966 r. organizował wielkie uroczystości Millennium Chrztu Polski w Poznaniu. SB aż do śmierci arcybiskupa w 1977 r. prowadziła jego rozpracowanie operacyjne.

 Abp Baraniak nigdy nie odzyskał pełni sił. Do końca życia trapiły go dolegliwości żołądka, jelit i nerwów, których nabawił się podczas brutalnego śledztwa w więzieniu na Mokotowie, kiedy jego organizm doprowadzono do skrajnego wyczerpania. Dla poratowania zdrowia często więc – i chętnie – wyjeżdżał w latach 1957-1976 z Poznania do Krynicy. Nic więc dziwnego, że funkcjonariusze SB za wszelką cenę dążyli do tego, by w Domu św. Elżbiety, w którym zawsze się zatrzymywał, umieścić urządzenia techniczne umożliwiające jego pełną inwigilację. W 1961 r. za pomocą tajnego współpracownika „Torano” – bo pod  tym kryptonimem występował teraz „Żagielowski” – próbowano w pokoju nr 10 zainstalować PP (podsłuch pokojowy), a na obiekcie „Erwina” prowadzono „eksploatację PDF” (podgląd dokumentowany fotograficznie/filmowo).      

Proces beatyfikacyjny

Najbliższy współpracownik Prymasa Tysiąclecia był prawdziwym męczennikiem systemu komunistycznego. W dużej mierze to dzięki jego osobistemu męstwu i cierpieniom Kościół w Polsce przetrwał najcięższy okres prześladowań w PRL. Czterdzieści lat po śmierci, w październiku 2017 r., rozpoczął się proces beatyfikacyjny abpa Baraniaka na szczeblu diecezjalnym. Na terenie dawnego więzienia mokotowskiego, w którym powstaje obecnie Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL, poświęcono mu celę w pawilonie 11, gdzie był przez 27 miesięcy więziony. Można się spodziewać, że arcybiskup zostanie patronem tej placówki.

Fotografia z Archiwum Salezjańskie Inspektorii Pilskiej, prawdopodobnie z 1975 roku

W Krynicy niestety brak dotąd – nawet w Domu św. Elżbiety – jakiegokolwiek upamiętnienia miejsca jego internowania i tak licznych pobytów kuracyjno-wypoczynkowych. Hierarchę wspominają tylko starsi kryniczanie z okolic ul. Pułaskiego.

*

Wykorzystałem dwutomową pracę bpa Marka Jędraszewskiego (obecnie arcybiskupa metropolity krakowskiego) "Teczki na Baraniaka", T. I Świadek, T. II Kalendarium działań SB, Poznań 2009, skąd pochodzą zamieszczone w artykule cytaty. Krynickie zdjęcia wybrano z albumu IPN: Konrad Białecki, Rafał Łatka, Rafał Reczek, Elżbieta Wojcieszyk, Arcybiskup Antoni Baraniak 1904-1977, Poznań-Warszawa 2017.


Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Prezentujemy unikatowy dokument - bogato ilustrowany fotografiami wierszowany dziennik wyprawy gorgańskiej Zygmunta Chudzikiewicza, przywołany na światło dzienne przez Jana Skłodowskiego. Artykuł pierwotnie ukazał się w Pamiętniku Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego (Tom 26 Rok 2017, Kraków 2018).


Ten skromny formatem historyczny już dokument, wypełniony bijącymi autentyzmem beztroski zdjęciami z wędrówek po Gorganach i Czarnohorze w 1938 roku, przeplecionymi lekkim, czarującym, ujętym w mowie wiązanej słowem, przedstawiła mi w dalekim Paryżu jego właścicielka – Mieczysława Szulc, córka autora, urodzona jak i on w Kołomyi. Album ten przechowuje ona jako wyjątkową po swym Ojcu pamiątkę. Dokument tym cenniejszy, jako że zapiski i fotografie z wędrówek po pasmach górskich utraconych dla naszej turystyki i kultury wskutek zmian granic państwowych rzadko do dziś się zachowały. Takie ocalałe z zawieruchy dziejowej dokumenty, choć często o walorze jedynie rodzinnym czy zgoła osobistym, są dziś niezwykle wartościowym świadectwem tamtego czasu. Ukazują nie tylko w formie dokumentacyjnej dawne, dziś już nieistniejące schroniska i szlaki turystyczne, ale, co równie, a może nawet najbardziej istotne, klimat ówczesnego wędrowania. Ujawnia się on w zapisie fotograficznym i słownym poprzez zderzenie kontemplacji górskiego krajobrazu i wrażliwości turysty na jego piękno z bogactwem dookolnych, najdzikszych jeszcze i teraz gór w Europie. Ale, co równie pasjonujące, dzisiejsze przeglądanie kart albumu jawi się niczym wywoływanie dawnych klisz, ponownie ukazujących, ale w innych już, bo teraźniejszych współrzędnych percepcyjnych, tamten czas i tamte miejsca, ujawniających także wyraźniej nałożone nań emocje Autora i jego wrażliwość na obraz, słowo i dźwięk. Umożliwienie mi pracy nad przygotowaniem tego niezwykłego diariusza do prezentacji drukiem, przyjmuję jako wyróżnienie i zaufanie ze strony Pani Mieczysławy Szulc – kieruję do Niej za to słowa szczerego podziękowania.

Zygmunt Mieczysław Chudzikiewicz był rodzinnie związany z Kołomyją – „stolicą” Pokucia – miastem leżącym na dawnych kresach południowo-wschodnich Rzeczypospolitej. Urodził się tam 29 grudnia 1910 r. jako syn inżyniera Włodzimierza Chudzikiewicza i Marii z Łysakowskich.

Klasa Autora w gimnazjum w Kołomyi, 1929 r. – Autor albumu w dolnym rzędzie, drugi od prawej (fot. aut. niezn.).

Jako absolwent tamtejszego Państwowego Gimnazjum im. Króla Kazimierza Jagiellończyka studiował na Politechnice Lwowskiej na Wydziale Elektrotechnicznym, na którym obronił w 1938 r. dyplom z wynikiem celującym. W czasie studiów działał w Kole Pokucian jako jego wiceprezes, w tym też czasie – bo w 1937 r. - ukończył podchorążówkę we Lwowie.

Zarząd Koła Pokucian, 1932/33 r. – Autor albumu stoi, trzeci od prawej (fot. aut. niezn.).

Podkarpackie położenie Kołomyi sprawiło, że bliskie mu geograficznie góry stały się także bliskie jego sercu. W latach gimnazjalnych bywał w Hryniawie nad Czeremoszem, a w późniejszych – w Jaremczu i okolicach Miluliczyna nad Prutem. W 1938 r. wybrał się w Karpaty dwukrotnie –  wpierw w Grogany w dniach 24 czerwca –2 lipca, z dawnym kolegą gimnazjalnym Alojzym (Alkiem) Świątkiem i jego narzeczoną Anną (Hanką) Nikish, siostrzenicą przyjaciół z Kołomyi, następnie zaś w Czarnohorę – w okresie 9-20 lipca ze swą narzeczoną Marią i najmłodszym bratem Leszkiem. Uwiecznił te wędrówki we wspomnianym, własnoręcznie wykonanym albumie, kryjącym pod sztywną, pokrytą szarym płótnem okładką (13 x 23 cm) ozdobioną tkaną barwną wstążką o motywach roślinnych 35 kart złączonych w całość fioletowym sznurkiem. Przedstawiają one odwiedzane schroniska, rozległe górskie krajobrazy i scenki rodzajowe, a są naprzemiennie rozdzielone wierszowanym opisem odwiedzanych miejsc, najczęściej pełnym humoru, ale i głębszej refleksji.

Album rozpoczyna się barwnym akwarelowym portretem ujmującym szkicowo z półprofilu stojącego Hucuła w regionalnym ubiorze. Dalej znajdziemy 53 czarno-białe fotografie. Materiał odnoszący się bezpośrednio do wyprawy w Gorgany to 32 zdjęcia (9 x 14 cm), 12 tekstów w manuskrypcie – w tym dwa przedstawiające zapis nutowy wraz ze słowami huculskiej piosenki (zapewne zasłyszanej od mieszkańców regionu podczas wędrówek) oraz 7 szkiców tras odbytych wycieczek. Komplet ten można poprzedzić dwoma zbiorowymi zdjęciami, na których występuje Autor. Dla rzetelności w prezentacji albumu należy dodać, że wyjazd w Czarnohorę nie ma tu –  jak w przypadku Gorganów – obszerniejszej dokumentacji. W tym bowiem jego miejscu zostało usuniętych 9 kart. W efekcie wyprawie tej przypomina jedynie 9 okazjonalnych ujęć fotograficznych, a zdjęcia z tej części albumu nie są opisane; brak też związanych z nimi tekstów i szkiców przebytych tras. Pozostałe fotografie odnoszą się do zdarzeń spoza Huculszczyzny; zostały dołączone do albumu w późniejszym czasie i nie przez Autora. Tak więc album niniejszy przedstawia w sposób kompletny w zasadzie jedynie wędrówkę po Gorganach.

Wyprawa w te góry, jak wskazują informacje zawarte w dokumencie, rozpoczęła się w Kołomyi 24 czerwca (był to piątek) 1938 r. –  to data „Zjazdu gwiaździstego” w tym mieście wspomnianej trójki uczestników wędrówki. Jak pokazuje szkic ich tras dojazdu, Hanka przybyła z Warszawy przez Cieszyn, Lwów i Zaleszczyki, Alek – z Cieszyna przez Lwów, Mietek natomiast (czyli Autor używający prywatnie drugiego imienia) ze Lwowa. Wyposażeni w plecaki i „wigowską setkę” (cenione do dziś mapy wydawane przez Wojskowy Instytut Geograficzny w skali 1:100.000) wyjechali tego dnia pociągiem z Kołomyi przez Delatyn do Nadwórnej, a stamtąd koleją wąskotorową do Rafajłowej, wsławionej walkami Legionów Polskich na przełomie lat 1914/1915. Noc spędzili tam w schronisku turystycznym mieszczącym się na piętrze budynku szkolnego Towarzystwa Szkoły Ludowej (wzniesionego z drewna w stylu huculskim w 1936 r.), zwrócili też uwagę na tamtejszą interesującą drewnianą cerkiew. Następnego dnia (25 czerwca) udali się doliną Rafajłowca i Drogą Legionów na przełęcz Rogodze Wielkie, gdzie znajduje się do dziś historyczny krzyż i tablica ze sławnym czterowierszem, skrupulatnie przez Autora zapisanym w notatkach. Stamtąd głównym karpackim grzbietem (stanowiącym od połowy XIV w. przez kilkaset lat granicę polsko-węgierską) przeszli przez szczyt Pantyr do położonego nieco niżej na połoninie schroniska Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego (wzniesionego w 1935 roku), gdzie zatrzymali się na nocleg w zbiorowej sali. W kolejnym dniu wędrówki karpackim grzbietem wędrowali przez Durnię (nazwali ją Durnym), Gropę, Bratkowską Wielką i Małą, Ruską i Steryszorę, zatrzymując się na noc w schronisku, także należącym do Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego (zbudowanym jak poprzednie w 1935 r.), na pobliskiej połoninie. Następnego dnia wyruszyli przez znaną z rozległych panoram Płoskę, dalej Douhę, do schroniska PTT (Oddziału Stanisławowskiego, wzniesionego w 1938 r.) na połoninie Niżnej pod Doboszanką, w dolinie Zubrynki. Stamtąd kolejnego dnia przeszli przez Doboszankę, Medweżyk, doliny Ozirnego i Doużyńca do Rafajłowej, gdzie stanęli na nocleg w schronisku WKN (Warszawskiego Klubu Narciarskiego, zbudowanym w tymże 1938 r.). Obiekt ten swą nowoczesnością i udogodnieniami cywilizacyjnymi, niespotykanymi w tamtejszych schroniskach, wywarł na wędrowcach silne wrażenie, a dotychczasowe forsowne cztery dni marszu i niewygód spowodowały, że spędzili w nim dwa dni, mimo zauważalnie wysokich, „warszawskich”, bo spod znaku Syreny, cen. Siódmego dnia pobytu wyjechali samochodem z Rafajłowej do Zielonej, skąd doliną Czernika dotarli na Kozi Gorgan i Poleński znajdując nocleg w pobliskim domku myśliwskim (wtenczas te odległe ostępy karpackiej puszczy były znanymi rewirami rządowych polowań). Ostatni dzień wędrówki – 2 lipca –  wypełniło strome zejście do doliny Sitnego, a następnie skierowanie się dolinami Zielenicy i Żonki do Jaremcza. Tam, po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia w „humorystycznej” scenerii fotograficznego atelier, udali się na zasłużony obiad w restauracji pensjonatu „Lankoszówka”, położonego przy wodospadzie Prutu.

 

Szkic trasy

 

Dzień I

 

Trasa - dzień I

 

Dzień II

Trasa - dzień II

 

 

Fantazja pantyrska

 Gdybym był Wielkim Wezyrem,
lub chociaż Małym Szlemem,
mieszkałbym pod Pantyrem
ze swym haremem.

Z damą żołędną czasem
zasypiałbym pod dębem.
Z dzwonkową pasałbym owce
w noc ciemną, nago, na zrębie.

Gdy znudzę się pikową,
wydam ją za Durnego,
a damą pik Maryjkę
mianuję od pierwszego.

Z damulką kier co tydzień
upijałbym się mlekiem.
Aż wreszcie,
pod Pantyrem,
przestałbym być człowiekiem
i stałbym się – (o wstydzie!)
najmilszym w świecie satyrem.

 

 

Zgubieni w lesie, wplątani
w objęcia wiatrołomu,
nie chcemy niczego więcej,
nie zazdrościmy nikomu.

 

 Pod Durnym

Motto: Skazaw mudryj Seneka: „Trymajś wid „durnoho” z dałeka!...”

 Trzydzieści procent spadu,
sto procent irytacji.
Klnę swe więzy, niewolnik
bezsiły grawitacji.

 

Dzień III

Trasa - dzień III

 

 

Za dwa i pół złotego
jestem w schronisku hrabią.
Chichotem dziewcząt w kuchni
Gorgany wabią.

Kiwa się lampa zdziwiona:
Pany, Hucuły, dziwki?..
Cud się zbratania dokonał
przez góry, taniec i ..  śliwki!

 

Brodzimy w mokrej trawie,
żurawiom podobni, nie ludziom.
Jak one ciągniemy wytrwale
ku coraz piękniejszym bezludziom.

 

 Bilans.  P.K.O. poświęcam.

Złotą walutą słońca,
paproci zielonym banknotem
spłacają góry sowicie
naszą odwieczną tęsknotę.

Zapachem i szumem wiatru,
nektarem srebrnej rosy
sycimy – korni pielgrzymi –
miejski, bolesny niedosyt.

 

 

Burza

 Już huczy płachta deszczem,
tuląc gromadkę wśród boru.
Po nagłym, wspólnym dreszczu
wiem, że uderzył piorun. 

Dzień IV

 

Trasa - dzień IV

 

 

Doboszanka

 Zielonych głazów lawina.
Pion-ciało drży w ręku zmęczenia.
O magio kąta ostrego
człowieka i kamienia!...

Do cienia wszystko uciekło
prócz szczytu, nieba i słońca.
Czterdziestu stopni cosinus
obliczam mimo gorąca.

 

Schronisko W.K.N.

O słodka
torturo wrzącej wody,
tryskającej z kurka!
Esencjo
stylu i wygody!
Szumiącego sznurka
dziecinna radości!
O sprężyn rozkoszy!
Wzorze gościnności!
Przedsionku Edenu
dla brudnych i zgłodniałych!
Słowem:
Schronie Wu Ka Enu!

………………………………

Jak zwykle na świecie
znajdzie się robaczek
i w tym bujnym kwiecie:
Komfort, zarząd, ceny,
są pod znakiem Syreny… 

Dzień VII

 

Trasa - dzień VII

 

Źródełko 

W gęstwinie zbocza skryte, pod Kozim Gorganem,
znalazłem dzięki mapie (tej do stu tysięcy).
Umyło mnie, napoiło. Szmerem dziwnie znanym
żegnało, gdym odchodził, by nie wrócić więcej.

Na dnie nieba, w marzeniach
zatopiony nurek,
wracam jednak po chwili,
by … zakręcić kurek.

 Dzień VIII

 

Trasa - dzień VIII

 

 

 

Niechaj więc zdjęcia i zapiski Zygmunta Mieczysława Chudzikiewicza z jego wędrówek po Gorganach przypomną przedwojenne wschodniokarpackie klimaty nie tylko już bardzo nielicznym dziś je pamiętającym czy ich spadkobiercom – strażnikom rodzinnej pamięci – ale będą też zaproszeniem na szlak naszego karpackiego dziedzictwa skierowanym do kolejnych pokoleń.


Zygmunt Chudzikiewicz zamieszkał w 1939 roku w Warszawie i podjął pracę w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym „Tele-Radio”; w tymże roku zawarł związek małżeński z Marią z d. Górka pochodzącą ze Lwowa. Mobilizacja wojenna zastała go w Gródku Jagiellońskim podczas ćwiczeń wojskowych rezerwistów 26 pułku piechoty, skąd pod koniec sierpnia wyjechał transportem kolejowym w kierunku stolicy. Zginął w walkach pod Otwockiem 10 września jako podoficer rezerwy 5 kompanii, 26 p.p., 5 Lwowskiej Dywizji Piechoty. Pochowany w Karczewie k. Otwocka w sektorze wojskowym cmentarza. Odznaczony pośmiertnie medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939”.

Nagrobek Zygmunta Mieczysława Chudzikiewicza na cmentarzu w Karczewie k. Warszawy - kwatera wojenna (fot. Jan Skłodowski)


Fotografie archiwalne: Zygmunt Chudzikiewicz

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.