Blue Flower

Karpackie historie miewają różne wymiary. Od istotnych wydarzeń po bardzo drobne epizody. Jedne i drugie są ważne. Jedne i drugie utrwalają dzieje regionu. Dziś osobista opowieść Witolda Grzesika o jednym nagrobku i jednym cmentarzu w nieistniejącej dziś wsi Szklary we wschodnim Beskidzie Niskim. I kolejny dowód, że każda historia może mieć dalszy ciąg, jeżeli tylko sięgnąć głębiej do archiwalnych dokumentów...


W lipcu 1983 roku, posiłkując się bladą odbitką przedwojennej mapy Wojskowego Instytutu Geograficznego penetrowałem po raz pierwszy teren dawnej wsi Szklary niedaleko Jaślisk na wschodniej Łemkowszczyźnie. Chociaż opuszczona wiejska dolina była latem niemiłosiernie zarośnięta, udało się zlokalizować miejsce po cerkwi i sąsiadujący z nim cmentarz. Na cmentarzu znalazłem opartą o jeden z pozostałych nagrobków tabliczkę o treści:

KAZIMIERA STANISŁAWA WĘGROWSKA
NAUCZYCIELKA TUTEJSZEJ SZKOŁY LUDOWEJ
ZMARŁA PO DŁUGIEJ CIĘŻKIEJ SŁABOŚCI
W 19 WIOŚNIE ŻYCIA NA DNIU 28 LISTOPADA
1 8 9 3 .
SPOKÓJ I CZEŚĆ DROGIM JEJ POPIOŁOM

Nic więcej o Kazimierze nie wiedziałem, nie wiem zresztą do dziś. To temat na odrębne poszukiwanie w coraz szerzej dostępnych materiałach, odnajdywanych w najprzeróżniejszych archiwach i muzeach.

Tablica nagrobna Kazimiery Stanisławy Węgrowskiej. Szklary, lipiec 1983

W kolejnych dekadach odwiedzałem cmentarz kilkakrotnie podczas pobytów w nieodległych Polanach Surowicznych. Z Polan prowadziła do Szklar piękna droga, z pewnością użytkowana przez mieszkańców przed wysiedleniem w latach czterdziestych XX wieku. Szło się wpierw przez górną część wsi, bezpowrotnie utraconą dziesięć lat temu podczas budowy drogi leśnej do Puław. Należało potem dawną drogą, umiejętnie mijającą wykroty i stromizny, wejść na wypłaszczenie zwane Kamfiniarką, z niego na regularnym leśnym skrzyżowaniu skierować się na północ w kierunku góry Jawornik. Przez łącznikowy grzbiet wychodziło się z lasu wprost na skraj polany nieomal na szczycie Bani Szklarskiej. Z Bani wystarczyło tylko zejść do Szklar. Łatwo powiedzieć „tylko”, zawsze trochę trzeba było pobłądzić, aby znaleźć cmentarz. Znam co najmniej kilka osób, którym ta sztuka się nie udała.

Któregoś roku – zapewne było to we wczesnych latach dziewięćdziesiątych – zastałem cmentarz zupełnie zdewastowany. Przez jego środek prowadziły wśród nagrobków głębokie ślady wyżłobione przez PGR-owskie traktory ze współczesnej wsi Szklary, położonej powyżej potoku, przy drodze do Rymanowa. Tabliczki nagrobnej Kazimiery Węgrowskiej nie znalazłem i nie miałem specjalnej nadziei na jej odszukanie już kiedykolwiek. Zapewne – tak myślałem – została wtłoczona w glebę przez koła pojazdów albo oddana na złom.

Parę lat później, już nie pamiętam, skąd i jak, dowiedziałem się o tym, że tabliczka znajduje się w Muzeum Łemkowskim w Zyndranowej. Przy pierwszej okazji poprosiłem jego opiekunkę panią Marię Gocz o pokazanie eksponatu. Mówiąc „co Wy z tą tabliczką, już któraś kolejna osoba o to pyta” weszła do któregoś z budynków muzeum i wróciła z tabliczką w ręku. 

--------------- o ---------------

Kilka lat temu w internecie zaczęły pojawiać się zdigitalizowane materiały – gazety, protokoły, wykazy kościelne i urzędowe. Dzięki wielu programom finansującym publiczne udostępnianie źródeł historycznych nie trzeba już po każdą informację udawać się do biblioteki lub archiwum. Wystarczy czasem chwila cierpliwości i dociekliwości, aby przepastne zasoby cyfrowych bibliotek stały się dla nas dostępne.

Postanowiłem sprawdzić, czego możemy się dowiedzieć o Kazimierze Węgrowskiej z oficjalnego schematyzmu Galicji. Co roku bowiem c.k. administracja wydawała pełną informację o wszystkich urzędach i instytucjach w państwie. Sięgnąłem do opasłego (czy można tak wciąż mówić o zdigitalizowanych dokumentach?) Szematyzmu Królestwa Galicyi i Lodomeryi z Wielkiem Księstwem Krakowskiem na rok 1894, liczącego prawie tysiąc stron.

W księdze jest między innymi rozdział „Szkoły ludowe pospolite”, podane są w nim wszystkie placówki szkolne i nazwiska nauczycieli. W opisie powiatu sanockiego pod pozycją „Szklary” jest odpowiedni zapis ("tymcz." oznacza posadę tymczasową):

Dlaczego o naszej bohaterce jest mowa w tomie wydanym na rok 1894, skoro zmarła w roku poprzednim? Szematyzmy były przygotowane tak, aby było możliwe rozesłanie ich do wszystkich urzędów na sam początek roku kalendarzowego. Skład wykonywano w roku poprzedzającym na podstawie uprzednio zbieranych informacji z całego państwa. Cały proces gromadzenia informacji i druku trwał kilka miesięcy. Można więc domniemywać, że nie było szans na korektę danych w już szykowanym do druku tomie, jeżeli zgon urzędnika nastąpił późną jesienią. 

Kazimiera w chwili śmierci, jak podaje napis na tablicy nagrobnej, miała raptem 19 wiosen. Czy to był jej pierwszy rok nauczania? Warto sprawdzić. Sięgnąłem do tomu wydawanego na rok 1893. W Szklarach posada nauczyciela była opróżniona, ale parę wierszy wyżej można znaleźć wpis, że Węgrowska była wówczas nauczycielką na posadzie prowizorycznej w… Polanach Surowicznych!

Jeżeli Czytelnik pamięta, w Polanach Surowicznych jest też grób lekarza, ratującego chorych podczas epidemii cholery w 1873 roku, w bibliotece wirtualnej Stowarzyszenia Res Carpathica jest o tym również artykuł. Obie wsie są od siebie nieodległe. Lekarz i nauczycielka. Porównanie do postaci doktora Judyma i Siłaczki, które może nieco pompatycznie, ale jednak się narzucało, w świetle ostatniego odkrycia jeszcze bardziej jest uzasadnione. Ile jeszcze takich historii poznamy?

A swoją drogą ciekawe, czy Kazimiera Węgrowska przeprowadzała się z Polan Surowicznych do Szklar opisaną wcześniej drogą…

--------------- o ---------------

Jeżeli ktoś zapragnąłby odwiedzić szklarski cmentarz, polecam odnaleźć, około 200 metrów powyżej wyjścia na szosę w Szklarach tzw. traktu węgierskiego, wylot dawnej zakładowej pegeerowskiej drogi; łatwo to miejsce poznać, na rogu stoi niewielki murowany budynek służący kiedyś do obsługi wagi wozowej. Drogą tą trzeba zejść do potoku i dalej iść w górę strumienia, w naturalnym miejscu przejść na jego drugą stronę. Po dalszych 200 metrach dojdziemy do cerkwiska, za którym jest cmentarz. Na wypadek kłopotów służę współrzędnymi GPS: N49º28.4174’ E021º48.7670’.

Na cerkwisku, miejscu po cerkwi pw. św. Mikołaja, stoi do dziś kamienna chrzcielnica oraz nagrobek miejscowego parocha (proboszcza) Joanna Harajewicza (1781-1848); to jeden z najstarszych obiektów na greckokatolickich cmentarzach na Łemkowszczyźnie. Siedziba parafii była wówczas w nieodległej Daliowej, zapewne jednak proboszcz mieszkał w Szklarach i tu wdzięczne żona i dzieci – jak wynika z inskrypcji – ufundowały mu pomnik. Co ciekawe i nietypowe w tych stronach, napisy na nagrobku umieszczono na trzech jego bokach w języku ruskim, polskim i po łacinie.

Nagrobek parocha Daliowej Joanna Harajewicza. Szklary, kwiecień 2019

 


W artykule wykorzystano zasoby cyfrowe Małopolskiego Towarzystwa Geologicznego, http://mtg-malopolska.org.pl. Zdjęcia autora artykułu.

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

 

 

 

Członek RC' Andrzej W. Kaczorowski opisuje krynickie dzieje arcybiskupa Antoniego Baraniaka, jednego z najbardziej zasłużonych duchownych w czasach PRL. Artykuł publikowany był pierwotnie w czasopiśmie "Krynickie Zdroje" (nr 2/3 z 2018 roku).


Wśród wielkich ludzi Kościoła w Polsce, którzy zapisali się w dziejach Krynicy, abp Antoni Baraniak (1904-1977) zajmuje miejsce szczególne. Był wielkim miłośnikiem krynickiego uzdrowiska, do którego przyjeżdżał na leczenie i wypoczynek kilkadziesiąt razy, nierzadko spędzając tutaj po parę miesięcy w roku. Wyjątkowy charakter miał jednak jego najdłuższy pobyt – od 3 kwietnia do 31 października 1956 r. – kiedy zwolniony z więzienia ze względu na stan zdrowia był przez władze komunistyczne internowany w Domu św. Elżbiety przy ul. Pułaskiego.

Sekretarz dwóch prymasów

Pochodził z Wielkopolski, wcześnie wstąpił do Towarzystwa Salezjańskiego, w 1931 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Gruntownie wykształcony w Rzymie (dr teologii i dr prawa kanonicznego), znający biegle kilka języków, w 1933 r. został sekretarzem Prymasa Polski kard. Augusta Hlonda, u którego boku odbył tułaczkę wojenną. Po wojnie był jego kapelanem i kierownikiem Sekretariatu Prymasa najpierw w Poznaniu, a następnie w Warszawie. Od 1948 r. to samo stanowisko sprawował także u nowego arcybiskupa gnieźnieńskiego i warszawskiego Stefana Wyszyńskiego. W 1951 r. został sufraganem gnieźnieńskim i dyrektorem Sekretariatu Prymasa Polski.

Biskup niezłomny

W latach stalinizmu i największych prześladowań Kościoła w PRL bp Antoni Baraniak zachował niezłomną postawę. Uwięziono go podobnie jak Prymasa w nocy 25/ 26 września 1953 r., a następnie osadzono w osławionym więzieniu na warszawskim Mokotowie, gdzie przeszedł okrutne śledztwo z torturami fizycznymi i psychicznymi włącznie. Zniósł 145 przesłuchań, podawanie zastrzyków, zatruwanie organizmu, pobyt w celi z fekaliami, kilkudobowe trzymanie nago w wilgotnej i nieogrzewanej celi, zakaz korespondencji, widzeń i praktyk kapłańskich. Pozostał bezgranicznie lojalny wobec Prymasa, wierny Bogu i Kościołowi, dzięki czemu komunistycznym oprawcom nie udało się spreparować procesu przeciwko kard. Wyszyńskiemu.

Więzienie zrujnowało zdrowie bpa Baraniaka, ale nie złamało jego ducha. Śledztwo nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, a stan maltretowanego pogarszał się mimo długotrwałego leczenia szpitalnego. Interwencje w sprawie uwolnienia biskupa ponawiał Episkopat Polski, władze zaś zapewne wołały nie ponosić odpowiedzialności za jego zgon w więziennym pawilonie przy ul. Rakowieckiej. 29 grudnia 1955 r. uchylono więc, po ponad dwóch latach (!), areszt tymczasowy, ale po zwolnieniu wskazano jako miejsce przymusowego pobytu – z zakazem prowadzenia działalności publicznej – dom salezjański w Marszałkach koło Ostrzeszowa; jeszcze tego samego dnia został tam przewieziony.

Po ratunek do Krynicy

Po wizycie w Marszałkach sekretarz Episkopatu bp Zygmunt Choromański od razu podjął starania u władz o pozwolenie na przeniesienie się bpa Baraniaka – z uwagi na konieczność ratowania zdrowia w lepszych warunkach – do domu sióstr elżbietanek w Krynicy Zdroju. Zaświadczenie lekarskie zalecało m.in. stosowanie wód uzdrowiskowych, „jak np. Kryniczanka, Zuber, itd.”, sugerując, że „kurację tę można przeprowadzić w uzdrowisku Krynicy”. Władze nadspodziewanie szybko wyraziły zgodę na wyjazd. 24 stycznia 1956 r. bp Baraniak wysłał list do krynickich elżbietanek, a s. Filomena odpisała, że „około 12 lutego będzie wolny odpowiedni pokój i zarezerwowany dla Waszej Ekscelencji”, zapraszając do spokojnej Krynicy, „bo zima jest cudna dotąd”.

Niestety, 3 lutego Urząd do Spraw Wyznań cofnął biskupowi zezwolenie na wyjazd, ponieważ „nie zachował on warunków pobytu w Marszałkach i jeździł po całym województwie”; w istocie raz tylko pojechał do fryzjera w Ostrzeszowie (12 km). Bp Baraniak zwrócił się do sekretarza Episkopatu o interwencję u władz w sprawie jego kuracji w Krynicy: „Wiem już z doświadczenia (leczyłem się tam już parę razy), że ta miejscowość jest dla mnie najbardziej wskazana. Miałbym tam opiekę lekarzy odpowiednich, którzy dobrze znają niedomagania mego organizmu, jak również pensjonat SS. Elżbietanek, z kaplicą na miejscu, z troskliwą obsługą, której tak bardzo potrzebuje moje podupadłe zdrowie”. Interwencja okazała się skuteczna, władze zezwoliły na 3-miesięczny pobyt bpa Baraniaka w Krynicy, który przybył do Domu św. Elżbiety 3 kwietnia 1956 r.

 

I Krynicę, i pensjonat sióstr dobrze znał. Wiadomo, że już jako biskup towarzyszył tutaj w trzech pierwszych krynickich urlopach Prymasowi Wyszyńskiemu – w 1951 i 1952 r. Zapewne „perłę polskich zdrojów” poznał jednak znacznie wcześniej. Co ciekawe, także Prymas Hlond lubił wypoczywać nad Kryniczanką –  przed II wojną światową gościł tutaj co najmniej kilkakrotnie, ale brak danych, czy zabierał ze sobą swego sekretarza.

Kurowanie zdrowia, czekanie na wolność

Wkrótce po przyjeździe bpa Baraniaka zbadał dr Jan Janiga, który potwierdził wcześniejszą diagnozę lekarską: „Duży ubytek wagi wpływa ujemnie na system nerwowy. (…) wytworzyła się pewna atonia kiszek, jest duża niedrożność przewodów żółciowych”. Doktor zastosował dietę wątrobianą i lekarstwa pobudzające trawienie. „Ponieważ Zdrój jest zamknięty, więc dopiero w maju będą zastosowane krótkofalówki przeciw zrostom pooperacyjnym i kąpiele kwasowęglowe”. Pacjent wyrażał nadzieję, że zarówno pobyt w krynickiej atmosferze, jak i kuracja „wpłyną dodatnio na powrót do jakiego takiego zdrowia i sił”, a horoskopy są „dosyć dobre”.

Biskup liczył także, że wobec postępującej odwilży politycznej w kraju „akt zezwolenia na kurację będzie wstępem do odzyskania elementarnych praw ludzkich, szczególnie prawa swobodnego poruszania się, nawet gdybyśmy mieli nadal być pozbawieni możności powrotu do miejsca własnego zamieszkania”. Zamierzał przede wszystkim odwiedzić internowanego w Komańczy Prymasa oraz innych biskupów, swoje rodzinne strony oraz udzielić święceń kapłańskich salezjanom w Oświęcimiu. Sekretarz Episkopatu studził te oczekiwania, zalecając jedynie dwie rzeczy: kurowanie zdrowia i czekanie na bardziej pomyślny rozwój sytuacji. Do tego też sprowadzał się program całego krynickiego pobytu bpa Baraniaka. Także Prymas radził swemu najbliższemu współpracownikowi, by pozostał w Krynicy „możliwie jak najdłużej”.

List Episkopatu Polski do bp. Antoniego Baraniaka (Archiwum Archidecezjalne Warszawskie)

Tymczasem 17 maja 1956 r. bp Baraniak otrzymał pismo Naczelnej Prokuratury Wojskowej z zawiadomieniem o umorzeniu śledztwa przeciwko niemu; oskarżenie o działalność antypaństwową upadło. Poinformował o tym zaraz Prymasa i sekretarza Episkopatu, uważając, że jego sytuacja prawna uległa zasadniczej zmianie i daje teraz podstawę do zniesienia wszystkich ograniczeń i uciążliwości związanych z internowaniem. Władze PRL nie były jednak do tego skłonne, a Prymas ponownie prosił, by ze względu na kurację zdrowotną „Ks. Biskup z Krynicy się nie wyrywał i pozostał tam jak najdłużej”. Bezskuteczne okazały się również starania bpa Baraniaka o uzyskanie przepustki do Komańczy.

„Dobry przyjaciel”

Funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa z pomocą swoich agentów wywodzących się głównie z szeregów duchowieństwa prowadzili bieżącą obserwację jego życia. Najwięcej doniesień przekazywał „Żagielowski” – ks. prałat Władysław Kulczycki (1896-1968) z Krakowa, „dobry przyjaciel” biskupa oraz Prymasa, który często zaglądał do krynickiego pensjonatu elżbietanek. Informował on UB m.in. o spacerach i wycieczkach górskich bpa Baraniaka w towarzystwie Janusza Kucharskiego, ucznia klasy XI gimnazjum w Krynicy. „Znał się on z ks. biskupem Baraniakiem jeszcze przed wojną, jako młody chłopak służył mu zawsze do mszy św., a teraz przychodzi tam do SS. Elżbietanek i tam mu służy do mszy św. codziennie o godz. 6.30. Mieszka tuż obok pensjonatu SS. Elżbietanek we willi „Przystań” i bardzo często odwiedza ks. Baraniaka w ciągu dnia”. W sierpniu 1956 r. biskup wraz ze swym ministrantem przeszedł „szczytem gór na Jaworzynę do Żegiestowa” oraz do Rytra. „Z matką Janusza i ojcem, bratem Zbyszkiem i Hanką (6 lat) zna się od dawna i tylko się z nimi kontaktuje. Poza tym unika łączności ze wszystkimi. Matka Janusza ma willę „Przystań”, która jest jej własnością, ale została im zabrana przez władze miejskie Krynicy, także mieszka kątem w jednym małym pokoiku na parterze we własnym domu. O to się ciągle procesuje z władzami tamtejszymi, które jej nawet w różny sposób, np. podatkami, bardzo dokuczają”.

Biskup Antoni Baraniak podczas wycieczki w górach w okolicy Krynicy, lato 1956 (Archiwum Prowincji Warszawskiej Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety)

Wiedząc o kontrolowaniu korespondencji przez UB, bp Baraniak próbował przekazywać swe listy do Prymasa „przez Kraków”, co okazało się fatalną pomyłką, ponieważ osoba pośrednicząca w tym korespondencyjnym kontakcie była po prostu ubeckim agentem, a przewożone przez nią listy zanim dotarły do rąk adresatów, trafiały najpierw do funkcjonariuszy UB w Krakowie.

Niewygodny świadek

W trakcie inwigilacji internowanego w Krynicy biskupa władze bezpieczeństwa interesowały się zwłaszcza stanem jego zdrowia. Kuracja dawała początkowo pewne rezultaty i bp Baraniak występował do Episkopatu o uzyskanie zgody władz na przedłużenie mu pobytu w uzdrowisku, kolejno na lipiec, sierpień, a potem na jeszcze dwa miesiące. Niestety, skutki maltretowania w więzieniu były trudne do wyleczenia. „Żagielowski” meldował, że miał „dnie, gdzie nie może nic jeść” i „spać nie może, jest bardzo poważna obawa, że ta cała choroba się może skończyć katastrofą (…) a do tego dołączy się jeszcze stan nerwowy z powodu obecnego swego stanu izolowania”. Zaświadczenie lekarskie z 21 sierpnia 1956 r., podpisane przez dra Jana Janigę z „Lwigrodu” i dra Włodzimierza Pasiekę („Pod Koroną”), stwierdzało u badanego biskupa „przewlekłe zapalenie woreczka żółciowego, chorobę Glenarda, hypotonię przy stanie ogólnego wycieńczenia, oraz psychonerwicę lękowo-depresyjną utrudniającą leczenie w/w chorób organicznych”; „stan chorego wymaga dłuższego leczenia uzdrowiskowego przez okres jeszcze 2-3 miesięcy, a następnie wymaga sanacji warunków bytu”.  „Czy naprawdę medycyna krynicka nic nie może poradzić na to, by Ks. Biskup lepiej wyglądał?” – pisał z Komańczy zaniepokojony Prymas.

Dla aparatu represji biskup był niezwykle niewygodnym świadkiem jako ofiara przestępczych praktyk w więziennym śledztwie, dlatego interesowano się także, co mówił o  pobycie w więzieniu mokotowskim. W sprawie swoich dramatycznych przeżyć zachowywał jednak do końca życia wielką powściągliwość, nawet wobec osób zaufanych. „Żagielowski” usłyszał, że „gdyby nie to, że go wzięto do szpitala na operację ślepej kiszki i miał trochę inne odżywienie, to by nerwowo nie wytrzymał i musiałby skończyć w domu wariatów”.

Po uzyskaniu aprobaty Prymasa 10 września 1956 r. bp Baraniak wystosował pismo do Prokuratora Generalnego PRL o „uprzejmą interwencję” w przyspieszeniu przywrócenia mu pełni praw obywatelskich, których częściowo został pozbawiony. Odpowiedź nie nadchodziła, więc 26 października – tego samego dnia, kiedy Prymas prowadził rozmowy z wysłannikami Władysława Gomułki, nowego I sekretarza KC PZPR, w sprawie warunków swego powrotu z internowania – bp Baraniak wystąpił z kolejną prośbą o przedłużenie pobytu w Krynicy. 30 października nieoczekiwanie dowiedział się, że po przeszło trzech latach może wreszcie wrócić do Warszawy. Następnego dnia, przez Kraków, wyruszył w kierunku stolicy. Wrócił do siebie, na Miodową 17, w uroczystość Wszystkich Świętych 1 listopada 1956 r.

Nr 2 w Episkopacie Polski

Bp Baraniak pracował w Warszawie jako dyrektor Sekretariatu Prymasa Polski do 1957 r., kiedy został arcybiskupem metropolitą poznańskim. Władze PRL wyraziły zgodę, sądząc, że słabe zdrowie nie pozwoli mu na dłuższe urzędowanie, tymczasem sprawnie przewodził on archidiecezji w Poznaniu przez dwadzieścia lat. Przez dziesięć lat (do nominacji kardynalskiej Karola Wojtyły) był osobą nr 2 w Episkopacie. Brał udział w Soborze Watykańskim II, a w 1966 r. organizował wielkie uroczystości Millennium Chrztu Polski w Poznaniu. SB aż do śmierci arcybiskupa w 1977 r. prowadziła jego rozpracowanie operacyjne.

 Abp Baraniak nigdy nie odzyskał pełni sił. Do końca życia trapiły go dolegliwości żołądka, jelit i nerwów, których nabawił się podczas brutalnego śledztwa w więzieniu na Mokotowie, kiedy jego organizm doprowadzono do skrajnego wyczerpania. Dla poratowania zdrowia często więc – i chętnie – wyjeżdżał w latach 1957-1976 z Poznania do Krynicy. Nic więc dziwnego, że funkcjonariusze SB za wszelką cenę dążyli do tego, by w Domu św. Elżbiety, w którym zawsze się zatrzymywał, umieścić urządzenia techniczne umożliwiające jego pełną inwigilację. W 1961 r. za pomocą tajnego współpracownika „Torano” – bo pod  tym kryptonimem występował teraz „Żagielowski” – próbowano w pokoju nr 10 zainstalować PP (podsłuch pokojowy), a na obiekcie „Erwina” prowadzono „eksploatację PDF” (podgląd dokumentowany fotograficznie/filmowo).      

Proces beatyfikacyjny

Najbliższy współpracownik Prymasa Tysiąclecia był prawdziwym męczennikiem systemu komunistycznego. W dużej mierze to dzięki jego osobistemu męstwu i cierpieniom Kościół w Polsce przetrwał najcięższy okres prześladowań w PRL. Czterdzieści lat po śmierci, w październiku 2017 r., rozpoczął się proces beatyfikacyjny abpa Baraniaka na szczeblu diecezjalnym. Na terenie dawnego więzienia mokotowskiego, w którym powstaje obecnie Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL, poświęcono mu celę w pawilonie 11, gdzie był przez 27 miesięcy więziony. Można się spodziewać, że arcybiskup zostanie patronem tej placówki.

Fotografia z Archiwum Salezjańskie Inspektorii Pilskiej, prawdopodobnie z 1975 roku

W Krynicy niestety brak dotąd – nawet w Domu św. Elżbiety – jakiegokolwiek upamiętnienia miejsca jego internowania i tak licznych pobytów kuracyjno-wypoczynkowych. Hierarchę wspominają tylko starsi kryniczanie z okolic ul. Pułaskiego.

*

Wykorzystałem dwutomową pracę bpa Marka Jędraszewskiego (obecnie arcybiskupa metropolity krakowskiego) "Teczki na Baraniaka", T. I Świadek, T. II Kalendarium działań SB, Poznań 2009, skąd pochodzą zamieszczone w artykule cytaty. Krynickie zdjęcia wybrano z albumu IPN: Konrad Białecki, Rafał Łatka, Rafał Reczek, Elżbieta Wojcieszyk, Arcybiskup Antoni Baraniak 1904-1977, Poznań-Warszawa 2017.


Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Prezentujemy unikatowy dokument - bogato ilustrowany fotografiami wierszowany dziennik wyprawy gorgańskiej Zygmunta Chudzikiewicza, przywołany na światło dzienne przez Jana Skłodowskiego. Artykuł pierwotnie ukazał się w Pamiętniku Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego (Tom 26 Rok 2017, Kraków 2018).


Ten skromny formatem historyczny już dokument, wypełniony bijącymi autentyzmem beztroski zdjęciami z wędrówek po Gorganach i Czarnohorze w 1938 roku, przeplecionymi lekkim, czarującym, ujętym w mowie wiązanej słowem, przedstawiła mi w dalekim Paryżu jego właścicielka – Mieczysława Szulc, córka autora, urodzona jak i on w Kołomyi. Album ten przechowuje ona jako wyjątkową po swym Ojcu pamiątkę. Dokument tym cenniejszy, jako że zapiski i fotografie z wędrówek po pasmach górskich utraconych dla naszej turystyki i kultury wskutek zmian granic państwowych rzadko do dziś się zachowały. Takie ocalałe z zawieruchy dziejowej dokumenty, choć często o walorze jedynie rodzinnym czy zgoła osobistym, są dziś niezwykle wartościowym świadectwem tamtego czasu. Ukazują nie tylko w formie dokumentacyjnej dawne, dziś już nieistniejące schroniska i szlaki turystyczne, ale, co równie, a może nawet najbardziej istotne, klimat ówczesnego wędrowania. Ujawnia się on w zapisie fotograficznym i słownym poprzez zderzenie kontemplacji górskiego krajobrazu i wrażliwości turysty na jego piękno z bogactwem dookolnych, najdzikszych jeszcze i teraz gór w Europie. Ale, co równie pasjonujące, dzisiejsze przeglądanie kart albumu jawi się niczym wywoływanie dawnych klisz, ponownie ukazujących, ale w innych już, bo teraźniejszych współrzędnych percepcyjnych, tamten czas i tamte miejsca, ujawniających także wyraźniej nałożone nań emocje Autora i jego wrażliwość na obraz, słowo i dźwięk. Umożliwienie mi pracy nad przygotowaniem tego niezwykłego diariusza do prezentacji drukiem, przyjmuję jako wyróżnienie i zaufanie ze strony Pani Mieczysławy Szulc – kieruję do Niej za to słowa szczerego podziękowania.

Zygmunt Mieczysław Chudzikiewicz był rodzinnie związany z Kołomyją – „stolicą” Pokucia – miastem leżącym na dawnych kresach południowo-wschodnich Rzeczypospolitej. Urodził się tam 29 grudnia 1910 r. jako syn inżyniera Włodzimierza Chudzikiewicza i Marii z Łysakowskich.

Klasa Autora w gimnazjum w Kołomyi, 1929 r. – Autor albumu w dolnym rzędzie, drugi od prawej (fot. aut. niezn.).

Jako absolwent tamtejszego Państwowego Gimnazjum im. Króla Kazimierza Jagiellończyka studiował na Politechnice Lwowskiej na Wydziale Elektrotechnicznym, na którym obronił w 1938 r. dyplom z wynikiem celującym. W czasie studiów działał w Kole Pokucian jako jego wiceprezes, w tym też czasie – bo w 1937 r. - ukończył podchorążówkę we Lwowie.

Zarząd Koła Pokucian, 1932/33 r. – Autor albumu stoi, trzeci od prawej (fot. aut. niezn.).

Podkarpackie położenie Kołomyi sprawiło, że bliskie mu geograficznie góry stały się także bliskie jego sercu. W latach gimnazjalnych bywał w Hryniawie nad Czeremoszem, a w późniejszych – w Jaremczu i okolicach Miluliczyna nad Prutem. W 1938 r. wybrał się w Karpaty dwukrotnie –  wpierw w Grogany w dniach 24 czerwca –2 lipca, z dawnym kolegą gimnazjalnym Alojzym (Alkiem) Świątkiem i jego narzeczoną Anną (Hanką) Nikish, siostrzenicą przyjaciół z Kołomyi, następnie zaś w Czarnohorę – w okresie 9-20 lipca ze swą narzeczoną Marią i najmłodszym bratem Leszkiem. Uwiecznił te wędrówki we wspomnianym, własnoręcznie wykonanym albumie, kryjącym pod sztywną, pokrytą szarym płótnem okładką (13 x 23 cm) ozdobioną tkaną barwną wstążką o motywach roślinnych 35 kart złączonych w całość fioletowym sznurkiem. Przedstawiają one odwiedzane schroniska, rozległe górskie krajobrazy i scenki rodzajowe, a są naprzemiennie rozdzielone wierszowanym opisem odwiedzanych miejsc, najczęściej pełnym humoru, ale i głębszej refleksji.

Album rozpoczyna się barwnym akwarelowym portretem ujmującym szkicowo z półprofilu stojącego Hucuła w regionalnym ubiorze. Dalej znajdziemy 53 czarno-białe fotografie. Materiał odnoszący się bezpośrednio do wyprawy w Gorgany to 32 zdjęcia (9 x 14 cm), 12 tekstów w manuskrypcie – w tym dwa przedstawiające zapis nutowy wraz ze słowami huculskiej piosenki (zapewne zasłyszanej od mieszkańców regionu podczas wędrówek) oraz 7 szkiców tras odbytych wycieczek. Komplet ten można poprzedzić dwoma zbiorowymi zdjęciami, na których występuje Autor. Dla rzetelności w prezentacji albumu należy dodać, że wyjazd w Czarnohorę nie ma tu –  jak w przypadku Gorganów – obszerniejszej dokumentacji. W tym bowiem jego miejscu zostało usuniętych 9 kart. W efekcie wyprawie tej przypomina jedynie 9 okazjonalnych ujęć fotograficznych, a zdjęcia z tej części albumu nie są opisane; brak też związanych z nimi tekstów i szkiców przebytych tras. Pozostałe fotografie odnoszą się do zdarzeń spoza Huculszczyzny; zostały dołączone do albumu w późniejszym czasie i nie przez Autora. Tak więc album niniejszy przedstawia w sposób kompletny w zasadzie jedynie wędrówkę po Gorganach.

Wyprawa w te góry, jak wskazują informacje zawarte w dokumencie, rozpoczęła się w Kołomyi 24 czerwca (był to piątek) 1938 r. –  to data „Zjazdu gwiaździstego” w tym mieście wspomnianej trójki uczestników wędrówki. Jak pokazuje szkic ich tras dojazdu, Hanka przybyła z Warszawy przez Cieszyn, Lwów i Zaleszczyki, Alek – z Cieszyna przez Lwów, Mietek natomiast (czyli Autor używający prywatnie drugiego imienia) ze Lwowa. Wyposażeni w plecaki i „wigowską setkę” (cenione do dziś mapy wydawane przez Wojskowy Instytut Geograficzny w skali 1:100.000) wyjechali tego dnia pociągiem z Kołomyi przez Delatyn do Nadwórnej, a stamtąd koleją wąskotorową do Rafajłowej, wsławionej walkami Legionów Polskich na przełomie lat 1914/1915. Noc spędzili tam w schronisku turystycznym mieszczącym się na piętrze budynku szkolnego Towarzystwa Szkoły Ludowej (wzniesionego z drewna w stylu huculskim w 1936 r.), zwrócili też uwagę na tamtejszą interesującą drewnianą cerkiew. Następnego dnia (25 czerwca) udali się doliną Rafajłowca i Drogą Legionów na przełęcz Rogodze Wielkie, gdzie znajduje się do dziś historyczny krzyż i tablica ze sławnym czterowierszem, skrupulatnie przez Autora zapisanym w notatkach. Stamtąd głównym karpackim grzbietem (stanowiącym od połowy XIV w. przez kilkaset lat granicę polsko-węgierską) przeszli przez szczyt Pantyr do położonego nieco niżej na połoninie schroniska Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego (wzniesionego w 1935 roku), gdzie zatrzymali się na nocleg w zbiorowej sali. W kolejnym dniu wędrówki karpackim grzbietem wędrowali przez Durnię (nazwali ją Durnym), Gropę, Bratkowską Wielką i Małą, Ruską i Steryszorę, zatrzymując się na noc w schronisku, także należącym do Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego (zbudowanym jak poprzednie w 1935 r.), na pobliskiej połoninie. Następnego dnia wyruszyli przez znaną z rozległych panoram Płoskę, dalej Douhę, do schroniska PTT (Oddziału Stanisławowskiego, wzniesionego w 1938 r.) na połoninie Niżnej pod Doboszanką, w dolinie Zubrynki. Stamtąd kolejnego dnia przeszli przez Doboszankę, Medweżyk, doliny Ozirnego i Doużyńca do Rafajłowej, gdzie stanęli na nocleg w schronisku WKN (Warszawskiego Klubu Narciarskiego, zbudowanym w tymże 1938 r.). Obiekt ten swą nowoczesnością i udogodnieniami cywilizacyjnymi, niespotykanymi w tamtejszych schroniskach, wywarł na wędrowcach silne wrażenie, a dotychczasowe forsowne cztery dni marszu i niewygód spowodowały, że spędzili w nim dwa dni, mimo zauważalnie wysokich, „warszawskich”, bo spod znaku Syreny, cen. Siódmego dnia pobytu wyjechali samochodem z Rafajłowej do Zielonej, skąd doliną Czernika dotarli na Kozi Gorgan i Poleński znajdując nocleg w pobliskim domku myśliwskim (wtenczas te odległe ostępy karpackiej puszczy były znanymi rewirami rządowych polowań). Ostatni dzień wędrówki – 2 lipca –  wypełniło strome zejście do doliny Sitnego, a następnie skierowanie się dolinami Zielenicy i Żonki do Jaremcza. Tam, po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia w „humorystycznej” scenerii fotograficznego atelier, udali się na zasłużony obiad w restauracji pensjonatu „Lankoszówka”, położonego przy wodospadzie Prutu.

 

Szkic trasy

 

Dzień I

 

Trasa - dzień I

 

Dzień II

Trasa - dzień II

 

 

Fantazja pantyrska

 Gdybym był Wielkim Wezyrem,
lub chociaż Małym Szlemem,
mieszkałbym pod Pantyrem
ze swym haremem.

Z damą żołędną czasem
zasypiałbym pod dębem.
Z dzwonkową pasałbym owce
w noc ciemną, nago, na zrębie.

Gdy znudzę się pikową,
wydam ją za Durnego,
a damą pik Maryjkę
mianuję od pierwszego.

Z damulką kier co tydzień
upijałbym się mlekiem.
Aż wreszcie,
pod Pantyrem,
przestałbym być człowiekiem
i stałbym się – (o wstydzie!)
najmilszym w świecie satyrem.

 

 

Zgubieni w lesie, wplątani
w objęcia wiatrołomu,
nie chcemy niczego więcej,
nie zazdrościmy nikomu.

 

 Pod Durnym

Motto: Skazaw mudryj Seneka: „Trymajś wid „durnoho” z dałeka!...”

 Trzydzieści procent spadu,
sto procent irytacji.
Klnę swe więzy, niewolnik
bezsiły grawitacji.

 

Dzień III

Trasa - dzień III

 

 

Za dwa i pół złotego
jestem w schronisku hrabią.
Chichotem dziewcząt w kuchni
Gorgany wabią.

Kiwa się lampa zdziwiona:
Pany, Hucuły, dziwki?..
Cud się zbratania dokonał
przez góry, taniec i ..  śliwki!

 

Brodzimy w mokrej trawie,
żurawiom podobni, nie ludziom.
Jak one ciągniemy wytrwale
ku coraz piękniejszym bezludziom.

 

 Bilans.  P.K.O. poświęcam.

Złotą walutą słońca,
paproci zielonym banknotem
spłacają góry sowicie
naszą odwieczną tęsknotę.

Zapachem i szumem wiatru,
nektarem srebrnej rosy
sycimy – korni pielgrzymi –
miejski, bolesny niedosyt.

 

 

Burza

 Już huczy płachta deszczem,
tuląc gromadkę wśród boru.
Po nagłym, wspólnym dreszczu
wiem, że uderzył piorun. 

Dzień IV

 

Trasa - dzień IV

 

 

Doboszanka

 Zielonych głazów lawina.
Pion-ciało drży w ręku zmęczenia.
O magio kąta ostrego
człowieka i kamienia!...

Do cienia wszystko uciekło
prócz szczytu, nieba i słońca.
Czterdziestu stopni cosinus
obliczam mimo gorąca.

 

Schronisko W.K.N.

O słodka
torturo wrzącej wody,
tryskającej z kurka!
Esencjo
stylu i wygody!
Szumiącego sznurka
dziecinna radości!
O sprężyn rozkoszy!
Wzorze gościnności!
Przedsionku Edenu
dla brudnych i zgłodniałych!
Słowem:
Schronie Wu Ka Enu!

………………………………

Jak zwykle na świecie
znajdzie się robaczek
i w tym bujnym kwiecie:
Komfort, zarząd, ceny,
są pod znakiem Syreny… 

Dzień VII

 

Trasa - dzień VII

 

Źródełko 

W gęstwinie zbocza skryte, pod Kozim Gorganem,
znalazłem dzięki mapie (tej do stu tysięcy).
Umyło mnie, napoiło. Szmerem dziwnie znanym
żegnało, gdym odchodził, by nie wrócić więcej.

Na dnie nieba, w marzeniach
zatopiony nurek,
wracam jednak po chwili,
by … zakręcić kurek.

 Dzień VIII

 

Trasa - dzień VIII

 

 

 

Niechaj więc zdjęcia i zapiski Zygmunta Mieczysława Chudzikiewicza z jego wędrówek po Gorganach przypomną przedwojenne wschodniokarpackie klimaty nie tylko już bardzo nielicznym dziś je pamiętającym czy ich spadkobiercom – strażnikom rodzinnej pamięci – ale będą też zaproszeniem na szlak naszego karpackiego dziedzictwa skierowanym do kolejnych pokoleń.


Zygmunt Chudzikiewicz zamieszkał w 1939 roku w Warszawie i podjął pracę w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym „Tele-Radio”; w tymże roku zawarł związek małżeński z Marią z d. Górka pochodzącą ze Lwowa. Mobilizacja wojenna zastała go w Gródku Jagiellońskim podczas ćwiczeń wojskowych rezerwistów 26 pułku piechoty, skąd pod koniec sierpnia wyjechał transportem kolejowym w kierunku stolicy. Zginął w walkach pod Otwockiem 10 września jako podoficer rezerwy 5 kompanii, 26 p.p., 5 Lwowskiej Dywizji Piechoty. Pochowany w Karczewie k. Otwocka w sektorze wojskowym cmentarza. Odznaczony pośmiertnie medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939”.

Nagrobek Zygmunta Mieczysława Chudzikiewicza na cmentarzu w Karczewie k. Warszawy - kwatera wojenna (fot. Jan Skłodowski)


Fotografie archiwalne: Zygmunt Chudzikiewicz

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Polany Surowiczne to niezamieszkana dziś dolina we wschodniej części Beskidu Niskiego - wieś wysiedlono w 1945 roku. Ślady dawnych dziejów jednak pozostały. Jednym z nich jest grób lekarza "szpitalu lwowskiego". O odkrywaniu jego tajemnic i pożytku z czytania dziewiętnastowiecznych gazet pisze Witold Grzesik.


Cholera

Cholera. Dla nas wyrażenie ekspresyjne, choć nader łagodne w dzisiejszych czasach, przegrywające zdecydowanie z bardziej brutalnymi słowami wskazującymi stan emocjonalny jednostki. W XIX wieku zaś budząca strach nazwa choroby (łac. Cholerae), na którą nie było wówczas dobrego lekarstwa. Ponieważ charakter cholery nie był znany, nie potrafiono także skutecznie przeciwdziałać zarażeniu. I tak szerzyło się owo nieszczęście po wielkich połaciach kraju, zbierając bardzo obfite żniwo. Wystarczy przytoczyć Wikipedię, gdzie o cholerze czytamy tak: "Cholerę cechuje śmiertelność koło 1% (skrajnie do 20%) przypadków prawidłowo leczonych i 50% przy braku leczenia". Owe 50% brzmi zresztą dość optymistycznie, bywało w dawnych wiekach gorzej. Charakter choroby rozpoznał dr Robert Koch dopiero w 1883 roku, od tego czasu można było konsekwentnie zapobiegać jej rozwojowi i rozprzestrzenianiu. A tak naprawdę wystarczało zachowywać elementarne zasady higieny…

Niestety, zanim rozpoznano wroga, dziesięć lat wcześniej, bo w roku 1873, opanowała Galicję kolejna już epidemia. Z początkiem lata prasa zaczęła donosić o coraz większej liczbie zachorowań. Szerzył się mór i w miastach, również tych największych, i we wioskach. Niech przemówią liczby: ukazujący się we Lwowie Dziennik Polski pisał tak (we wszystkich cytatach zachowano pisownię oryginalną):

„…nie podajemy nazwisk miejscowości, w których się pojawiła lub wygasła cholera, bo wykaz taki zająłby co najmniej połowę jednego numeru naszego Dziennika. Poprzestajemy przeto tylko na podaniu cyfr (…): w czasie od 15. sierpnia (…) w ciągu 14 dni grasowała cholera w 67 powiatach a 1,732 miejscowościach, w których do pozostałych 9,241 chorych przybyło 74,550 tak, iż zdrowiało 40,732, umarło 28,846, a pozostało w leczeniu 14,243 (…) w wykazie z pierwszej połowy sierpnia wymieniło namiestnictwo 17 tysięcy i kilkaset umarłych na cholerę, co daje (…) w ciągu jednego miesiąca sierpnia 45,846 umarłych…”

Metody walki z chorobą podejmowano różne i z różnym skutkiem. We wsiach próbowano wszelkich sposobów. Otóż, we wsi oznaczonej jedynie literą „S” :

„…grasowała w ostatnich czasach silnie cholera (…) zachorował brat wójta: naturalnym sprytem obdarzony wójt, obwija chorego w mokry koc i wkłada to zawiniątko w piec, z którego właśnie chleb wyjęto, i to tak głęboko, iż z wązkiego otworu pieca zaledwie głowa pacjenta na zewnątrz wyglądała. Po tej operacji w dzień później wyzdrowiał chory, a zaniemógł wójt, który natychmiast po emigracji brata z pieca, weń się ulokował. Równocześnie zachorowała mu i ukochana połowica i niestety, gdy piec był zajęty przez męża, przeniosła się do wieczności. Od tej chwili aż do ustania cholery, trudno było znaleźć wolnego pieca; wszędzie znalazłeś pacjentów.”

Trzeba przyznać, że pióro redaktora, lekkie i nieco złośliwe, nadaje koloryt takiej opowieści. Były też większe okropności, których dokładnych i dosadnych opisów tu nie zacytuję: w grę wchodziły kołki osikowe, wbijane w uprzednio ćwiartowane członki niedawno zmarłych, którzy jako upiory i wilkołaki mieli chodzić po śmierci i roznosić chorobę. Jako lekarstwo podawano chorym krew wyduszoną ze świeżych zwłok wyciąganych z grobu. Wyciąg artykułów z ówczesnej prasy, opisujących podobne ludowe antycholeryczne środki zaradcze, mógłby być całkiem interesującym opracowaniem, ale tylko dla czytelników o mocnych nerwach.

Oczywiście do pracy ofiarnie przystępowali lekarze. Nie znając zasad prewencji nader często zarażali się od chorych niosąc im pomoc. Apel o ich wysiłki był powszechny. 4 sierpnia lwowski magistrat wydał obwieszczenie:

„Z powodu pojawiającej się w naszem mieście cholery, wzywa się panów doktorów medycyny i chirurgów, chęć mających nieść pomoc chorym cholerycznym za djetami dziennymi, a to: po 10 złr. dla panów doktorów medycyny, za po 5 złr. dla panów chirurgów, aby się zgłosili do fizyka miejskiego, który im bliższe w tej mierze udzieli wyjaśnienie”.

Gazety są pełne informacji o poświęceniu lekarzy. Choć gwoli sprawiedliwości napiszmy, że zdarzały się też bardzo krytyczne artykuły na temat medyków, którzy ze strachu przed chorobą odmawiali pomocy, a zastępowali ich odważni studenci medycyny.

A jak ktoś nie wierzył w medycynę, mógł również… nabyć wino anticholeryczne.

Dziennik Polski (Lwów), nr 189/1873

Cholera zaczęła ustępować we wrześniu 1873 roku, późniejszą jesienią zupełnie już nie notowano przypadków zachorowań. 

Polany Surowiczne

Do Polan Surowicznych po raz pierwszy przyjechałem w 1981 roku, kiedy zakładaliśmy tam studenckie schronisko, znane i działające do dziś jako „Chałupa Elektryków”. Niedaleko naszego domu odnaleźliśmy bardzo zarośnięty i zapuszczony wówczas cmentarz – od wysiedlenia łemkowskich mieszkańców minęło wówczas już 36 lat. Większość nagrobków była mocno uszkodzona, przeważnie ich rozrzucone części były ledwo widoczne w głębokiej trawie, jeżynach i pokrzywach.

W północno-zachodniej części cmentarza leżały kawałki nagrobka zdecydowanie różniącego się od „miejscowych”. Miał kształt słupa, po bokach wykute symbole węża i trupiej czaszki z piszczelami. Wąż, w tym przypadku wąż eskulap – to znak, że pochowany jest tu lekarz. Trupia czaszka zaś – że powodem śmierci była zaraza.

Grób lekarza w Polanach Surowicznych - stan sprzed 1991 roku

Na pomniku wyryty był napis:

(pierwsze linijki nieczytelne)
LEKARZ
SZPITALU
LWOWSKIEGO
* 1847 W 26 Z.
WŚRÓD
EPIDEMI
16 SIERPNIA
1873
POKÓJ JEGO
POPIOŁOM

Tak też opisaliśmy nagrobek lekarza w przewodniku „Od Komańczy do Krempnej” z 1988 roku i w jego kolejnych wydaniach. O ile cały odczytany tekst był zapisany bardzo wyraźnym, „drukowanym” pismem, o tyle w miejscu, gdzie powinno być imię i nazwisko, znajdowały się niewyraźne wgłębienia. Nie udało się nam wówczas dowiedzieć, jak zmarły medyk się nazywał.

Cmentarz odnowiliśmy w ramach obchodów dziesięciolecia schroniska w 1991 roku. Zebraliśmy potrzebną podstawową wiedzę konserwacyjną od znanych nam fachowców, ustawiliśmy większość nagrobków na ich miejscach (niektóre wręcz wydobyliśmy spod ziemi), postawiliśmy także pomnik lekarza. Po nas konserwację prowadzili pod okiem Szymona Modrzejewskiego wolontariusze spod znaku Stowarzyszenia Magurycz.

Grób lekarza w Polanach Surowicznych - stan w 2013 roku

Mijały lata, w kolejnych wersjach przewodnika informacja o „dwóch linijkach nieczytelnych” była ponawiana, aż nastał rok 2007. Trochę nieoczekiwanie trafiła się okazja wizyty w Polanach Surowicznych w majowy weekend. Jak zawsze odwiedziłem cmentarz. Miało się pod wieczór, słońce rzucało bardzo ostre promienie na pomnik nagrobny w taki sposób i pod takim kątem, że każde zagłębienie było świetnie widoczne. Podjęliśmy z synem próbę odczytania owych dwóch linijek. Trwało to długo – na koniec zapisaliśmy, że z dużą dozą prawdopodobieństwa owym medykiem zmarłym podczas zarazy jest:

Ś.P.
Dr med. EMIL
TITTEL

Tytuł i personalia lekarza są niejako wykaligrafowane w kamieniu, całkiem zgrabnym pismem, wykutym zapewne w innej chwili i chyba przez innego kamieniarza; głębokość i ostrość liter jest zbyt różna od reszty napisu.

Fragment inskrypcji na grobie lekarza - "Dr. Med EMIL TITTEL"

Pamiętam, że próbowałem niemal od razu sprawdzić w Internecie, czy nie znajdę czegoś o doktorze Emilu Tittelu – ale poza wszystkimi innymi ograniczeniami w zasobach informacyjnych, trafiałem na prosty problem. Słowo „tittel” (czyli „tytuł” po niemiecku) występuje w dowolnych dokumentach lwowskich z tego okresu tysiące razy – bądź co bądź była to wówczas austriacka Galicja, z tego też powodu język niemiecki był w oficjalnym użyciu; mieszkańców niemieckojęzycznych w mieście było również wielu.

O lekarzu „szpitalu lwowskiego

Minęło kilka kolejnych lat, pojawiły się pierwsze biblioteki cyfrowe, udostępniające dziewiętnastowieczną prasę. Podjąłem kolejną próbę. Skoro – tak myślałem – jest znana dokładna data zgonu lekarza, może znajdę o tym jakąś notkę w lwowskiej gazecie?

Dość naiwna była taka myśl. Gdzie Lwów, gdzie Polany Surowiczne. W gazetach stołecznych, a Lwów przecież miał taki status, trzeba było pisać o wszystkim, co się działo w całym kraju. Trzeba pamiętać, że ówczesna Galicja rozciągała się od Białej (tej od dzisiejszej Bielska-Białej) do Zaleszczyk. Gdzie na czterech lub sześciu stronach gazety, na których trzeba zmieścić i wiadomości z wiedeńskiego cesarsko-królewskiego dworu, i informacje o nowych wydarzeniach we Lwowie, Krakowie i Stanisławowie, i zapowiedzi ważnych towarzyskich wydarzeń, i urzędowe rozporządzenia, i kolejny odcinek poczytnej powieści, i parę sensacyj ze świata, i ogłoszenia o sprzedaży mydła lub powidła lub o tym, że stateczny pan pozna panią, i w dobie zarazy także ważne wieści o walce z cholerą w największych miastach prowincji, gdzie w tym wszystkim szukać wzmianki o tym, że gdzieś w karpackiej głuszy zmarł na epidemię lekarz? A bo to on jeden?

Próbować jednak warto. We Lwowie ukazywały się wówczas trzy krajowe dzienniki – Gazeta Lwowska, Dziennik Polski oraz Gazeta Narodowa. Wydawane były codziennie, także w soboty i niedziele, a jeżeli były ku temu specjalne okoliczności, nawet dwa razy w ciągu jednego dnia. Cyfrowa Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego miała szczęśliwie numery z sierpnia 1873 roku wszystkich trzech gazet.

Gazeta Narodowa i Gazeta Lwowska opisywały oczywiście bardzo szeroko wydarzenia związane z epidemią, podawały liczby i fakty, rozpisywały się o szczególnych przypadkach zachorowań i cudownych ozdrowień, ale głównie koncentrowały się na dużych ośrodkach miejskich – Lwowie, Stanisławowie czy Przemyślu, ewentualnie na bliskich okolicach samego Lwowa.

Jako trzecią gazetę zacząłem elektronicznie „wertować” Dziennik Polski. Zacząłem od chyba 30 sierpnia, zakładając, że przecież informacja o historii w dalekiej karpackiej wsi nie dotarłaby do Lwowa zbyt szybko. Nic nie znalazłem, cofałem się do poprzednich wydań, trochę już dla porządku otwierałem coraz wcześniejsze gazety. I nagle, przeglądając Dziennik Polski z 22 sierpnia… poczułem się jak Indiana Jones odnajdujący zagubiony skarb. Zdaje się, że nawet krzyknąłem z przejęcia, bo żona przybiegła zaniepokojona. Zobaczcie sami, co przeczytałem:

„Z pod Rymanowa.18 sierpnia. W sobotę straciliśmy Dra Titla ze Lwowa na epidemję. Młody ten lekarz przybyl przed trzema tygodniami z całym zaparciem własnego ja --- z całym poświęceniem rzucił się w góry dla ratowania opuszczonego ludu. O głodzie, wycieńczony na siłach, zachorował w chwili, gdy w oddalonych górach ostatnie krople --- ostatnie środki ledwie że rozdał chorym --- kazał się wieźć do Rymanowa, gdzieby był mógł mieć pomoc, w Polanach choroba się tak rozwinęła, że nie można go było wieźć dalej, udał się o pomoc do miejscowego proboszcza gr. un., ten odmówił pomocy --- nie przyjął pod dach człowieka poświęcenia. Kazał go umieścić w pustej zadżumionej chacie, gdzie wszyscy wymarli. Tam bez żadnej pomocy zakończył najszlachetniejszy człowiek, dla którego miłośc bliźniego była jedynym prawem. Cześc jego pamięci.”

Notatka z Dziennika Polskiego z 22 sierpnia 1873 roku (nr 196/1873)

A więc nie myliłem się co do nazwiska lekarza – zapisywany był we wzmiance przez jedno „t”, ale akurat to kiedyś nie było – jak dziś – tak pieczołowicie pilnowane. Że Polany nie Surowiczne – to też jest typowe, w wielu dokumentach jest mowa o Polanach, zawsze musimy weryfikować, o które chodzi, czy o te „nasze”, czy może te koło Krempnej (czasem zwane Myscowskimi). Poza tym wszystko się zgadza. 16 sierpnia 1873 roku istotnie była sobota.

Owym proboszczem greckokatolickim, który tak surowo obszedł się z chorym lekarzem, był Joann Pasternak, opisywany w pariafalnych kronikach jako wyjątkowo dobry człowiek, dbający zarówno o stronę duchową ludności, jak i materialną cerkwi. Czy można się mu dziwić, że starał się oddalić od siebie i swojej rodziny zagrożenie zarażenia chorobą, która wówczas była we wsiach wyrokiem śmierci?

Zanim wydamy osąd, poczytajmy dalej. Okazuje się bowiem, że historia ma dalszy ciąg! Przejrzałem jeszcze raz kolejne numery Dziennika Polskiego. Ów korespondent z Rymanowa (o inicjałach P.R.) słał do centrali kolejne sprawozdania. Cóż czytamy trzy dni póżniej? Otóż:

„Gdy jeszcze grozą przejmuje wszystkich zgon męża poświęcenia, dr. Titla, o którym wczoraj donosiłem, a już niestety zapisuję fakt (...) ohydą swą sięgający jeszcze wyżej. Zmarły dr. Titel miał w górach do pomocy dwie siostry służebniczki N.M.P., które współubiegały się w ratowaniu biednych Rusinów, a wymiatanych, jak miotłą, przez cholerę. (...) W takich warunkach dotknięta została epidemją niezmordowana Siostra Józefa, po śmierci dr Titla, siostra Marta, towarzyszka jej, zdołała przywieźć ją do Rymanowa (...) zawiozła przed probostwo i tam od księdza Laskowskiego żądała dachu. Ksiądz (...) kazał chorą umieścić w kostnicy cmentarnej (...) po usilnych błaganiach towarzyszki przeniesiono chorą do nory wilgotnej, smrodliwej, przy sądzie, gdzie zamykają kryminalistów, tam to dnia wczorajszego, rano, Siostra Józefa zakończyła żywot, pełen poświęcenia.”

A więc nie tylko ksiądz greckokatolicki z Polan, ale także proboszcz jegomość z Rymanowa bał się cholery na tyle, żeby nie ryzykować zbyt dużego kontaktu z chorą osobą. I podobnie jak w Polanach, zarażonym przyznawano w mieście miejsca na tyle poślednie, aby uniknąć z cholerykami styczności i na tyle marne, że szanse na wyzdrowienie były nikłe. Gdy w gazecie lwowskiej ukazała się taka notatka, która godziła w dobre imię władz miasta, nie mogło się obyć bez polemiki. I taka się pojawiła dosłownie po dwóch dniach, opatrzona złośliwym komentarzem naszego korespondenta.

,,Z Rymanowskiego sądu powiatowego otrzymaliśmy pismo następujące:

W korespondencji „Z pod Rymanowa d. 20 bm. powiedziano, „że przeniesiono na cholerę siostrę służebniczkę do nory wilgotnej, smrodliwej, przy sądzie, gdzie zamykają aresztantów i kryminalistów, tam to dnia wczorajszego siostra Józefa zakończyła żywot.” Tak nie było. Do aresztów tutejszych sądowych żadnego chorego nie przynoszono i nikt też na cholerę cholery w tych aresztach lub przy sądzie nie umarł. Siostra Józefa umarła, jak się dowiadukemy, w lokalu, w którym się mieści areszt gminny. Upraszamy o zamieszczenie sprostowania w najbliższym numerze swego szan. pisma. Tomkiewicz”

(Równocześnie z pismem powyższem otrzymaliśmy pismo podpisane przez burmistrza m. Rymanowa, p. Bratusa, asesora Sapeckiego i sekretarza M.Chmurowicza, w którem ci panowie zaprzeczają gołosłownie, jakoby siostra Józefa umarła w aresztach sądowych, mówią coś ogólnikowo o jakiemś wygodnem pomieszczeniu w „stancji przyzwoitej”, ale ani słówkiem nie dają do poznania, że umarła w areszcie gminnym! Czyż w aresztach gminnych jest miejsce dla cholerycznych?”

--------------- o ---------------

W kolejnych miesiącach przeglądałem kilka sąsiednich roczników gazet. Nie znalazłem w zasadzie żadnych szczegółowych wzmianek o wydarzeniach w miejscowościach tak peryferyjnych, jak wieś Polany Surowiczne. Kolejne wieści z najbliższych okolic Rymanowa kończyły się na tym mieście, ewentualnie na Krośnie, Dukli lub Brzozowie. Tym bardziej tak drobiazgowa informacja o historii z Polan graniczy z cudem.

Inspirowany notatkami o wydarzeniach w Rymanowie szukałem także, ale bezskutecznie, grobu siostry Józefy na tamtejszym cmentarzu. Zapewne spoczęła chowana naprędce w ziemnej mogile, po której śladu już nie było po kilku latach. Znalazłem tylko przy okazji nagrobek bardzo podobny do tego lekarskiego z Polan, ale o kilkadziesiąt lat starszy.

Wciąż mało wiemy o doktorze Tittelu i jego rodzinie. W jakim szpitalu pracował? Czy był wyznania katolickiego, czy może należał do jakiegoś ewangelickiego zboru (był chrześcijaninem, to pewne – pomnik wieńczy krzyż)? Musiał być dla kogoś ważnym, skoro otrzymał taki nagrobek ku swojej pamięci – jak widać, postawiono pomnik nie na darmo, czego świadectwem jest ten artykuł. Są zapewne archiwa we Lwowie, które mogą nas zaprowadzić do wyświetlenia niektórych zagadek. Czas pokaże – może ktoś dopisze kolejny rozdział tej historii?

Jedno jest pewne – historia ostatnich chwil lekarza szpitalu lwowskiego, spoczywającego na cmentarzu w Polanach Surowicznych, nie będzie już owiana gęstą mgłą tajemnicy. Kiedy zajrzycie w tamte strony, zapalcie świeczkę doktorowi Emilowi Tittelowi. 16 sierpnia 2018 roku minie dokładnie 145 rocznica jego śmierci.


Tekst i współczesne fotografie: Witold Grzesik

Materiały archiwalne ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

 

Prezentujemy opracowanie dr. Jana Skłodowskiego pt.: Bitwa pod Rarańczą - geneza i następstwa. Na szlaku II Brygady Legionów Polskich do Niepodległej.

Tekst pierwotnie ukazał się w pięciu częściach w Kurierze Galicyjskim zimą 2018 roku. Materiały jest wydany z okazji 100-lecia opisywanych wydarzeń i jest częścią projektu obchodów setnej rocznicy bitwy pod Rarańczą, którego Stowarzyszenie"Res Carpathica" jest organizatorem.

Materiał jest do ściągnięcia pod adresem: www.rescarpathica.pl/extdoc/Artykuly/Rarancza_JanSklodowski.pdf

Poniżej zamieszczamy fragment tekstu, opisujący samo starcie pod Rarańczą.


15 lutego do godz. 18 trwały przygotowania, żołnierze otrzymali amunicję i prowianty, zaś przeciwny spiskowi płk. Zieliński, objęty "przymusem wojskowym" (jako "najmilszy więzień" - tak postrzegany ze względu na powszechny szacunek, jakim go otaczano), był faktycznie aresztowany w łonie II Brygady. Wtenczas polskie oddziały, liczące ok. 4500 żołnierzy, ruszyły znaną im drogą na Rarańczę, z planem przebycia w nocy z 15/16 lutego szlaku do Rokitny, znajdującej się już na terytorium rosyjskim. Tu należy dodać, że nie wszystkie oddziały Polskiego Korpusu Posiłkowego mogły wziąć udział w akcji - 2 pułk ułanów znajdował się w odległym Synowódzku, część kadry (szkoła oficerska i podoficerska) - w Bolechowie i Dolinie. Zrezygnowano też z udziału w przejściu dwóch znajdujących się w Czerniowcach polskich pułków armii austro-węgierskiej ze względu na możliwe opóźnienia w dotarciu oraz brak pewności co do przychylnego stanowiska wobec akcji ich oficerów. Celem jej było jak najszybsze przebicie się przez linię frontu wszystkich oddziałów II Brygady. Nie było to łatwe już na samym początku wymarszu, bowiem oprócz najsprawniej się przemieszczających oddziałów piechoty w skład II Brygady wchodziły mniej mobilne tabory i artyleria. Został on upozorowany wyjściem oddziałów na ćwiczenia nocne, co zresztą było wtenczas rutynowym ich działaniem; taka też myląca informacja miała zostać wysłana do gen. Kosaka. Zdecydowano się również skierować ok. godz. 16 w rejon okopów mniejszy oddział legionistów (pod dowództwem ppor. Aleksandra Stawarza, celem unieszkodliwienia austriackiej artylerii oraz przerwania w terenie telefonicznej łączności) i ruszyć, dla sprawności marszu, z możliwie skromnymi taborami. Wymarsz nastąpił z Mamajowiec, dalszą drogę zaplanowano przez Sadagórę (nie: Sadogórę, jak się niekiedy podaje), na Rarańczę, i dalej, ku Rokitnie. Sprzyjającą okolicznością był fakt, że najbliższe austro-węgierskie oddziały gen. Kosaka znajdowały się ok. 16 km od zaplanowanego miejsca przekroczenia linii frontu. Jednakowoż, Austriacy już wcześniej, bo ok. godz. 15.30, dostrzegli niepokojące ich ruchy w polskich oddziałach - zwiększoną aktywność w taborach, wydawanie amunicji i prowiantu, a ich podejrzenia o dywersję zostały wzmocnione stwierdzeniem uszkodzeń w połączeniach telefonicznych i na szlaku kolejowym. Także wcześniejsza kontrola korespondencji legionistów ujawniła zawarte w niej informacje o zbilżającej się jakiejś tajemniczej akcji. A działo się to w chwili, gdy oddziały austro-węgierskie były wzmacniane, jeśli idzie o liczebność ludzi i sprzętu, wobec podjętego przez ich dowództwo planu wymarszu w głąb Ukrainy. II Brygada, choć starała się przejść ku linii frontu możliwie niezauważona przez - jak się jej wydawało - nieoświetlone i pogrążone w ciszy miejscowości, została dostrzeżona, tym łatwiej, że ów nienaturalny spokój otoczenia miał właśnie na celu uśpić jej czujność. W następstwie napływających z terenu meldunków gen. Kosak zawiadomił o godz. 20.30 o całej sytuacji swych zwierzchników i był gotów do rozpoczęcia kontrdziałania - wydał tedy rozkazy wstrzymania przejścia polskich oddziałów, otoczenia ich i zaaresztowania. Wobec tego prawie wszystkie podległe mu jednostki (m.in. dwie dywizje kawalerii oraz pancerny pociąg) zostały skierowane w rejon ich przemarszu, zaś specjalnie tam wysłany, z patrolem zwiadowczym, znający język polski gen. por. Johann Schilling (syn niemieckiego kolonisty spod Nowego Sącza i absolwent polskiego gimnazjum) miał nawiązać kontakt z jego dowództwem i nakłonić do poniechania akcji. Tak się jednak nie stało. Schilling, który nie cieszył się mirem podwładnych i, co więcej, był zwykle obiektem żołnierskich kpin, został przez legionistów, przy dużej aktywności ks. Panasia, na krótko zaaresztowany; następnie zaś, nazwany w oczy "starym osłem", którego "prędzej czy później i tak powieszą" i rychło zwolniony.

Odznaka legionistów internowanych po bitwie pod Raranczą


Ok. godz. 23.30 oddziały II Brygady starły się z Austriakami - oddziałami 53 pułku piechoty (złożonego z Chorwatów). 2 pułk Brygady walczył w rozwiniętym szyku, legioniści rozbili oddziały austro-węgierskie i dwie baterie artylerii, a por. Mieczysław Boruta-Spiechowicz wraz z 11 kompanią tego pułku uczynił niebawem drogę do dalszego marszu wolną. Haller nadal jednak oczekiwał nadejścia legionowej artylerii - daremnie, więc ok. godz. 1, czyli już 16 lutego, oddziały polskie ruszyły bez niej naprzód, omijając zgodnie z otrzymanym rozkazem Rarańczę i kierując się ku odległym o 5 km austriackim okopom. Szlak pułków 2 i 3 lekko się rozdzielił, a ich szybki marsz wyprzedził interwencję nadjeżdżającego pociągu pancernego. Niemniej, panowało wśród legionistów ogromne zmęczenie po wielu kilometrach wyczerpującego nocnego marszu, wypełnionego niepewnością osiągniecia celu i strzelaniną podczas utarczek. Okopy austro-węgierskie na linii frontu okazały się puste, jednakże znajdujące się tam zasieki z drutu kolczastego utrudniały legionistom przejście - tym bardziej, że nie posiadali oni nożyc do jego cięcia i tylko dzięki rzucanym na zasieki żołnierskim płaszczom mogli sprawniej je przekroczyć. Nieobsadzone były też oddalone od nich o kolejne 2 km okopy rosyjskie. Ok. 1500 legionistów, w tym ok. 100 oficerów z tych pułków, wraz z karabinami maszynowymi i kilkoma końmi, dobiło się wolności. Pozostałe oddziały zostały przez Austriaków otoczone i zamknięte przerwanym wcześniej pod Rarańczą pierścieniem ich wojsk. Znajdujące się w nim polskie oddziały rozpoczęły beznadziejną walkę na bagnety, artyleria przeciwnika uderzyła skutecznie w nienadążające za pułkami piechoty tabory; legionowa artyleria, tzw. "zakłady" (intendentura, kolumna sanitarna, piekarnia itp.) oraz kasa brygady zostały przez Austriaków zatrzymane. Akcja podjęta przez legionistów, w której poległo 16 z nich, a kilkunastu zostało rannych (były też w podobnej liczbie ofiary po stronie przeciwnej), zakończyła się ok. godz. 3 nad ranem.


Tekst i fotografia: dr Jan Skłodowski

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.